film,  recenzja

[365 DNI] bez krzty godności ani polotu

Reklamowany jako polski odpowiednik „50 twarzy Greya”, oparty na bestsellerowej powieści Blanki Lipińskiej i co najlepsze, przez nią napisany. Powstanie filmu „365 dni” ucieszyło wszystkie fanki opowieści o przygodach Laury oraz Massimo, ale chyba nikt nie podejrzewał, że wyjdzie to jakkolwiek dobrze. Za reżyserką stanęła Barbara Białowąs odpowiedzialna za „Big Love” oraz Tomasz Mandes, który także nie ma na koncie najlepszych produkcji. Jednak widać, że to nie oni finalnie sklejali film, inaczej, może nie byłby taki zły.

Stwierdziłam, że poświecę swoje 1,5 godziny i zobaczę to cudo.

Może uratuje Was trochę przed jakimś największym błędem życia, straconymi pieniędzmi i wrzodami żołądka, których się potem nabawicie. Tak, poświęcam się dla swojej sztuki. Zwiastun nie zachęcał do niczego. Przepocony włoski amant wraz z bardzo niewyraźną lalą machali do mnie swoimi gołymi tyłkami z ekranu. Czuliście się zachęceni? Ja tak średnio. Już abstrahuje od tego, że nie byłam wielką fanką „50”, książki Blanki Lipińskiej także nie czytałam, ale posiliłam się streszczeniami. Gorzej być nie mogło. Ale była nikła szansa na to, że film będzie jakiś. Oj, a jakiś na pewno był!

Zacznijmy od tej powalającej historii: Laura jedzie ze swoimi znajomymi na krótkie wakacje na Sycylię. Są jej 29 urodziny, więc wraz z chłopakiem świętują jej „kolejną wiosnę” na grubo, po czym rankiem się kłócą. Laura wybiega z pokoju i błądzi po ulicach sycylijskiego kurortu. Nagle budzi się w tajemniczym domu, z wielkim kominkiem, o drewnianych podłogach. Na ścianie widzi swój gigantyczny portret, przerażona wybiega, ale trafia na labirynt korytarzy. W końcu, wyłania się on. Przystojny, tajemniczy, wysoki Włoch. Opowiada Laurze niesamowitą historie o tym, że kiedyś zobaczył ją gdy umierał. Szukał jej po całym świecie, a teraz chce żeby ona była jego. Przeniósł tu jej rzeczy, pożegnał się za nią z chłopakiem i rodziną. Daje jej 365 dni na to by się w nim dobrowolnie zakochała, i nie dotknie jej bez jej pozwolenia. Dziewczyna wyrywa się, próbuje uciekać i krzyczeć, ale to na nic. Massimo – bo tak się nazywa ów Włoch – jest bardzo wpływowym gangsterem, więc nie da się tak łatwo wymknąć z jego willi. Laura postanawia mu utrzeć nosa, podjudzając go, wykorzystując… ale później, ulega presji sytuacji.

W sumie, to ja w tym momencie opowiedziałam to znacznie lepiej niż sam film.

Scenariusz stworzył – Tomasz Klimal. Zapamiętajcie to nazwisko, by nigdy nie iść na film napisany przez tego Pana. Wiem, że książka pozostawia wiele do życzenia, ale wszystkie najgorsze utwory można uratować – spójrzcie przynajmniej na filmy Alfreda Hitchoca, który wybierał słabe powieści, ale ekranizował je cudownie, to były kinowe hity! A to jest tak źle i okropnie napisany film, że głowa mi spuchła. Zacznijmy od kategorii: film erotyczny. Wszystkie sceny seksualne, czy seksu są zrobione jak w tanim pornolu. Nie ma tam grania kadrem, ujęciem czy zbliżeniem. Po prostu ktoś ustawił kamerę w jednym miejscu i krzyknął: lecimy! Bujał się razem z niektórymi czynnościami seksualnym, zbliżał do miejsc, w których nic się nie działo. Zero zmysłowości, zero polotu. Dokładnie tak jak w amatorskim filmiku z Red Tuba. Nawet fabułę ma zerżniętą stamtąd. Wątki w ogóle się ze sobą nie łączą. Coś się zaczyna i nagle się urywa. Nie ma dobrze zbudowanego tła, główna bohaterka nic nie robi, niczym się nie interesuje i w sumie… to wiecznie śpi. Dialogi zostały napisane tak drętwo, że nic mądrego z nich nie wynika. Nikt tam ze sobą nie rozmawia, się nie słucha, nie widzi. Wszystko zostało zbudowane tak, by gdzieś “kurwę” wsadzić. Ewidentnie również “ja pierdole” jest ulubionym wyrażeniem głównej bohaterki, ale w wielu przypadkach po prostu nie pasuje. Nie docieramy wspólnie do żadnej puenty, do żadnego porządnego clue. Postacie się napisane płasko, żadna z nich nie ma ani krzty charakteru, nie ma rozwinięcia, nie zmienia się.

A te to dopiero temat rzeka. Anna Maria Sieklucka w roli Laury jest po prostu drewniana. Swojej koleżance z Lubelszczyzny, a nawet z podobnych rewirów, życzę jak najlepiej, decyzja o przyjęciu tej roli była po prostu bardzo nietrafiona. Widać na ekranie, że Anka się po prostu wstydzi. W scenach, gdzie ma być ponętna i zachęcająca, ma minę zbitego kota, a w scenach, gdzie ma się bać, cała się czerwieni. Musze jednak nadmienić, że jej bohaterka po prostu została okropnie napisana, więc istnieje jakiś procent szans na to, że Sieklucka ma jakiś talent, ale nie miała co zagrać. Laura ma ewidentne rozdwojenie jaźni – z jednej strony jest przedstawiona jaka silna Pani manager, nieustępliwa, niezależna, ale potem daje się porwać, zgadza się na zostanie z tajemniczym gangsterem, idzie z nim na zakupy, a potem mówi, że czuje się z nim jak mała dziewczynka? Nie wiem kim jest ta dziewczyna, chyba dla takich jak ona nie napisano jeszcze definicji. Nie jest to ktoś kogo jest mi żal. Ona się zakochuje w swoim oprawcy, godzi się za niego wyjść i chce rodzić mu dziecko. Raczej uciekałabym od niej w bardzo szybkim tempie. To samo się tyczy Michaela Morrone – Włocha ściągniętego z ulicy – jest już trochę lepszy, ale nadal napisany na kolanie. Raz mówi, że zerżnie ją najlepiej na świecie, a potem, że nie dotknie jej bez jej zgodny, po czym obmacuje, związuje i karze patrzeć na ciekawe sceny. Co najlepsze, pada tam takie zdanie, że chce się dla niej nauczyć bycia delikatnym. I ja w tym momencie totalnie skisłam i już nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi. Nie ma też co ukrywać – Morrone wygląda jak ucieleśnienie wszystkich fantazji seksualnych kobiet XXI wieku. Moich też! To po prostu przepiękny koleś. Jak na amatora radzi sobie nieźle. Przynajmniej nie robi niestosownych min do scen, bo on gra głównie ciałem. Między aktorami brak jakiejkolwiek chemii, razem wyglądają po prostu komicznie. A przede wszystkim nie są w ogóle wiarygodni w tym co grają, razem czy oddzielnie.

Jest to film, który obraża wszystkie kobiety walczące z aferami typu #metoo.

Przyklepuje stereotyp o tym, że kobietę powinno się zostawić w salonie, zrobić kucharką w kuchni i kurwą w sypialni. To opowieść o tym jak fajnie jest być gwałconą, poniżaną, porywaną, molestowaną. O tym, że facetom z pieniędzmi wszystko wolno, i nic z tym nie możemy zrobić. Ten obraz jest zaprzeczeniem wszystkiego, o czym mówi się od paru lat na wielu spotkaniach, Sex Edach i nie wiadomo jeszcze czym. Po wyjściu czułam się obrażona na to, co zobaczyłam. I w sumie nie wiem dlaczego ktoś dał na to jakiekolwiek pieniądze, bo teraz wszystkie feministki i kobiety, które chodziły w Czarnych Marszach powinny ruszyć na Panią Blankę Lipińską i zakopać jej wszelkie możliwości zrealizowania części drugiej, trzeciej i jakichkolwiek następnych. Nie ma nic fajnego w propagowaniu gwałtów, porwaniach ani przyklaskiwaniu molestowaniu i wykorzystywaniu. Jako kobieta mam obowiązek powiedzenia o tym głośno i wyraźnie.

Pani Blanko, to było po prostu obrzydliwe.

Jedyne co mi się w sumie w filmie podobało to muzyka. Zgrywała się do tych nieudolnych seksualnych igraszek. Lamparska wyszła całkiem zabawnie, sala kinowa przez te 20 sekund się nawet zaśmiała. Widać strasznie dużą przepaść między nią a Sieklucką. To nawet nie jest na żaden sposób kontrowersyjny film, tylko takie na siłę udowadnianie że można inaczej. Gdyby może ktoś przemyślał scenariusz, napisał by z tego po prostu komedie romantyczną, to coś by z tego było. Nawet z tym samym zestawem obsady, jakoś by się to mogło obejrzeć. Zagrzebano nie tylko piękne Sycylijskie plenery, ale także górę pieniędzy. Bo to nawet nie stało obok „50 twarzy Greya”, a poświęciłam się jeszcze raz i obejrzałam potem wszystkie części. Są znacznie lepsze. ZNACZNIE. Z filmu jest klapa i żenada roku, a także niedługo – ulubione case study studentów filmówki o tym jak filmów nie robić. Gratulujemy całej ekipie filmowej, studiu TVN i Pani Blance.

Ocena: błagam, uciekajcie od tego filmu jak najdalej się da, powoduje spadek libido

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *