film,  piątka

5 filmów, które oglądam w każde Święta

Jak co roku, totalnie ulegam magii Świąt. Te wszystkie światełka, prezenty, piosenki i Mikołaje sprawiają, że czuje, że niedługo znajdę się w domu. Usiądę przy stole, zjem barszczyk i dostanę parę, totalnie niepotrzebnych prezentów. Ale przede wszystkim spędzę ten czas z rodziną. A u mnie nie tylko chodzi o wspólną kolację, ale także o wspólny seans filmowy. Repertuar każdego roku jest taki sam. To wszystko to już tradycja. Nie wyobrażam sobie bez tego tych paru dni, mimo, że nie są to filmy godne jakiejkolwiek nagrody. Mają w sobie po prostu dużo świątecznej magii, którą dodajemy do tych dni nieustannie. Zestawienie na pewno Was nie zdziwi, ale na pewno zaskoczą rytuały dołączone do każdego z nich.

1. Holiday (2006)

Najczęściej zapuszczany jeden dzień przed Wigilią, by odświeżyć sobie pamięć, że to już jutro! Kradnę wtedy trochę serniczka i parę pierogów, i cichaczem zapuszczam w salonie, jak nikt nie widzi. A potem wszyscy, niby zaganiają do sprzątania, ale finalnie się przysiadają. A wtedy nic bardziej nie doprowadza nas do szału, jak miłość głównej bohaterki do tego dupka, który jej nie chce. Nic też bardziej nas nie denerwuje jak jej łkanie, gdy dowiaduje się ze ten żeni się z inną. Nie jesteśmy w stanie pojąć jej bezsensownego cierpienia, które jeszcze potrafi owinąć w ładny papier i dać mu z pełną miłości dedykacją. A z drugiej strony – nic bardziej nas nie bawi jak trailery z życia drugiej głównej bohaterki, jej nieumiejętność uronienia nawet jednej łzy czy spontaniczny wypad do Wielkiej Brytanii, a w nim umiejętność samotnego picia wina w Święta (ja tego nie umiem nawet poza Świętami, więc podziwiam). Nic też bardziej nas nie rozczula jak to, że film sam w sobie ma tak mało świątecznego klimatu, jak żaden inny, a nie zmiennie od wielu lat łączony jest z tym okresem. Fakt, bohaterki wymieniają się apartamentami w okresie świątecznym, ale mało jest tam samego ducha świąt. Jest za to przecudny Jude Law, przesłodki dziadek, dużo kalifornijskiego słońca i mroźnej Anglii, ale też wiatr zmian, który sprawia, ze lepiej Ci się robi na sercu. Nie ma drugiej, tak wypełnionej po brzegi nadzieją pozycji ze świątecznego repertuaru. Od niedawna na Netflixie, ku mojej radości.

2. Kevin sam w domu (1990)

Nie do końca pamiętam, od kiedy gości w moim domu ani jak się w nim znalazł, ale nie mam zamiaru go wypraszać! Powiedziałabym, że to on jest tym zbłąkanym wędrowcem dla którego wszyscy rozstawiają dodatkowy talerz. Albo jak to u mnie w domu się mówiło – bezdomnym. Dlatego ja od dzieciństwa się tego dodatkowego talerza boje i chowam, gdy tylko mama nie widzi. Jednak gdy Kevin przychodzi, trzeba mu dać przynajmniej kieliszek. Bo z nim związana jest najfajniejsza tradycja. Co roku, odpalamy Kevina i się z nim upijamy, śmiejąc się ciągle z tych samych żartów. Jak typ podpala łysinę złodziejowi, jak zostaje przyklejony do kurzych piór, jak boi się pająka lub gdy ślizga się na schodach. Niezmiennie, od wielu lat jest to śmieszne! I jak się parę lat temu okazało nie tylko dla mojej rodziny, ale dla większości internautów też! Ci, tak samo jak ja, nie wyobrażają sobie Świąt bez Kevina. Polsat został wtedy zbojkotowany przez to, ze usunął chłopca z ramówki. Tak też, dzięki paru wydarzeniom, tysiącom maili z hejtami i listom od dzieci (sic!) przywrócono go, na dobre. Zawsze o 20:00, w Wigilie. Tu nawet nie chodzi o to, jak on jest zrobiony, jak gra w nim Macaluay Culkin i czy fabuła ma w ogóle sens, chodzi o magię Świąt! A w nim jest jej pełno!

3. Listy do M (2011)

Film, który towarzyszy w większości Polskich domów od paru lat, niczym choinka. I to na pewno nie dzięki temu, że gra w nim Karolak. Polacy wcale nie chcą go w swoim domu, tak jak Kevina. “Listy do M” podbiły nasze serca swoją prostotą. W końcu dostaliśmy film, który nie tylko nie był kiczowaty, przesiąknięty słodkością, czy śniegiem lub denerwującym Karolakiem, a był po prostu ciepły! Został wypełniony po brzegi prostą, wzruszającą świąteczną atmosferą i sprawiał, że czuliśmy się jak w domu. U mnie, puszczany jest w pierwszy dzień Świąt do śniadania pełnego sałatki jarzynowej. I nie uwierzę Wam, jeśli powiecie mi, że ta chwila by Wam się nie podobała. Bo mimo, że jest to film z Polskim sznytem (Karolakiem, dumą komedii romantycznych), to zawiera w sobie ponadczasowe żarty i ciąg wydarzeń. Zrobiono go w taki sposób, że przywiązujemy się do każdej historii i postaci, a potem ciekawi nas jaki to miało ciąg dalszy. Twórcy oczywiście nie mogli zostawić tego w spokoju. Zrobiono jeszcze dwie części tego hitu. Druga jest trochę mniej ciepła, ale nadal pozostaje w klimacie dobrego, świątecznego kina. Natomiast trzecia powstała nie wiadomo po co. Nic w tym filmie się nie skleja i nie chce zobaczyć tej części już nigdy więcej. W przeciwieństwie do pierwszej, którą co roku odpalam na telewizorze z pendrive’a. Natomiast od dwóch lat można ją zobaczyć na spokojnie w świątecznej ramówce. Zaklepcie sobie trochę makowca i siadajcie razem ze mną.

4. To właśnie miłość (2003) 

Ten film jest już ikoną! A w nim jedna z moich ulubionych scen kina. Początek, w którym znajdujemy się na lotnisku Heathrow, pod Londynem. Narrator mówi, że na Terminalu Przylotów nie spotkamy się z nienawiścią, odrzuceniem czy cierpieniem. Spotkamy jedynie miłość, która wylewa się stamtąd wszystkimi przejściami. To jak ludzie się ze sobą witają po miesiącach, dniach czy latach rozłąki. I tak we mnie ta scena żyje, że zawsze marzyłam, żeby przejść się po Heathrow i zaobserwować to samo. Tę całą miłość, która z tego bije. I w tym roku mi się to udało, bo lądowałam i startowałam z tego lotniska. I narrator zdecydowania miał racje. Inna sprawa, że ten film jest po prostu dobry! Tak samo jak w “Listach do M.” mamy do czynienia z wieloma, prawie nie łączącymi się historiami par, singli czy rodzin, które zmagają się z przygotowaniami do Świąt. Mamy gwiazdorską obsadę: młody, piękny Hugh Grant, pełen wigoru Alan Rickman, oskarowy Colin Firth, słodką Keirę Knightley czy Bill Nighty. Komedia w iście brytyjskim stylu w dosyć krótkim czasie stałą się ikona świątecznego kina. Wielu fanów błagało twórców o drugą część, ale na szczęście nigdy się nie doczekamy. Jak dla mnie – ten film jest ideałem, nie potrzebuje żadnej kontynuacji. 

5. Te Święta (2007)

Obejrzałam go parę lat temu, w iście pochmurnym okresie przedświątecznym. To były jeszcze czasy, gdy filmy ściągało się z torrentów, a do napisów był specjalny program. Ale to mnie nie zniechęciło. Komedia, której na pewno możecie nie znać, bo nie jest zbyt popularna. Gra w niej jeszcze młody i mądry, Chris Brown, przed poznaniem Rihanny. Rodzina afroamerykanów, spotyka się pierwszy raz od czterech lat w pełnym składzie na Wigilię. Jest przy tym dużo dramatu, dużo jedzenia i rozkrzyczanych dzieci. Nie brakuje też dobrej aranżacji muzycznej, starego r’n’b, co mnie wyjątkowo urzekło. Nie jest to kino najwyższych lotów, ale też jest ciepłe, przytulne. Otula, w szczególności w drugi dzień świąt, gdy już powoli rzygasz serniczkiem i pierogami, a szukasz zamiennika. Wtedy sięgasz po to opakowanie Raffaello, które stoi jeszcze pod choinką. I oglądając, otwierasz nalewkę kokosową, która idealnie do tych słodyczy pasuje. Kokosowy rzyg murowany, ale przy akompaniamencie bardzo ładnej piosenki w wykonaniu Chrisa “This Christmas”. Polecam. 

Jeśli nie miałabym okazji, drodzy czytelnicy, z tego miejsca życzę Wam super Świąt w towarzystwie filmów lepszych (lub gorszych), ale przede wszystkim wśród bliskich, bo to o nich w każdych Świętach chodzi! Dużo serniczka, pysznego bigosu i cudownych uszek! Wszystkiego dobrego!

Źródło zdjęć: To właśnie miłość, https://d.wpimg.pl, filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *