film,  piątka

5 najlepszych komedii lat 90′

Wszystkie te pozycje bawiły mnie od najmniejszego szkraba zapatrzonego w kryształowy ekran. Najczęściej podczas pełnych lenistwa niedziel, w czasie obiadów, które jadło się wspólnie przed telewizorem, a nagle kawałek schabowego przeżuwany w danym momencie wypadał nam na podłogę, bo tak głośno zanosiliśmy się śmiechem. Szło się było zadławić, ale obyło się bez większych tragedii. Te komedie rozwinęły moje poczucie humoru, pamiętam ich każdą minutę tak dokładnie, jakby to wszystko było oglądane pierwszy raz wczoraj. Co więcej – mimo upływu wielu lat nadal mnie śmieszą, wręcz bawią do utraty tchu. Jeśli nie widzieliście żadnej z nich – wstydźcie się! Czas je najwyższy nadrobić.

Czy to ty, czy to ja (1995)

Pierwsze role sióstr Olsen, które sprawiły, że bliźniaczki są do dzisiaj popularne. Alyssa jest córką bogatego taty a Amanda sierotą. Pewnego razu spotykają się w lesie i postanawiają, że na chwilę… zamienią się miejscami. Dziewczynki do tego stopnia są do siebie podobne, że nikomu nawet przez chwile przez głowę nie przechodzi, że to nie jest ta sama osoba. Przy okazji, prześmiesznie zachowują się na nie swoich miejscach. Podejrzewam, że stąd też wziął się motyw „damy i wieśniaczki”, wykorzystywany potem bardzo często w filmach. Do tego dochodzi nam motyw „zamiany”, który potem wręcz poszedł falą po wszystkich komediach i romansach… „Czy to ty, czy to ja” jest prze przyjemnym filmem o dorastaniu w różnych środowiskach, oczywiście wielce przerysowanym i namalowanym wedle form społecznych, wtedy obowiązujących. Nie miał za zadania prezentowania jakiegoś kunsztu aktorskiego ani bliźniaczek, ani wtórujących im dorosłych aktorów. Jest miłym, czystym filmem, który bawi całą rodzinę.

Obejrzycie na Netflixie.

Maska (1994)

Ah, nasza kochana Maska i Jim Carrey! Ewidentnie to moja ulubiona rola tego plastycznego aktora. Stanley Ipkiss jest nudnym, zakompleksionym i bardzo stonowanym księgowym w Nowym Jorku. Pewnego dnia znajduje w rzece tajemniczą, drewnianą maskę. Gdy ją nakłada, okazuje się, że ta daje mu super mocne! Staje się uwodzicielski, odważny, ekscentryczny… i niebezpieczny. Nakłada maskę jego pies, przyszła dziewczyna.. wszyscy! Komedia stała się ikoną popkultury w bardzo krótkim czasie i podbiła serca widzów. Chuck Russel zrobił z niej komiksową komedie, z bardzo dobrze dobranymi efektami specjalnymi, które wyglądały na.. całkiem nowoczesne! Do dzisiejszego dnia mnie fascynują, bo nie ma tam tzw „efektu przerysowania”. Serce bijące z klatki Maski, ma całkiem animowane i „żywe” rysy. Do tego ten humor! Maska jest przezabawnym gościem, może szalonym i porywczym, ale ma w sobie urok. W połączeniu ze stonowanym Jimem, dostajemy kolejny motyw „przeciwieństw” w kinie, który potem był wielokrotnie powtarzany. Carrey nie ma sobie równych w tej roli i podejrzewam, że żaden aktor nie zagrał by tego równie dobrze co on. Rola wymagała dużej elastyczności mimicznej, z czego Jim jest powszechnie znany. Kto inny umie robić tak wykręcone usta i wytrzeszcz oczu jak nie on?

Obejrzycie na Netflixie.

Marsjanie atakują! (1996)

Lata 90 należały do przerysowanych produkcji Tima Burtona. Oprócz „Edwarda Nożycorękiego” wyszły od niego także „Marsjanie atakują!”. Widziałam ten film chyba z 50 razy. Przy okazji jakiś piątkowych seansów na TVNie, on zawsze leciał i ja wcale nie chciałam go oglądać, ale że w telewizji nic nie było to… Ziemię otaczają Marsjańskie spodki. Z tego co pamiętam, to łapią oni jakąś transmisję, puszczoną przez USA w kosmos, która miała za zadanie skontaktować się z jakąś inną cywilizacją. Tak też Marsjanie trafiają na Ziemie i na początek spotykają się z prezydentem USA (wiadomo, Stany są centrum świata), ale że jakoś się nie dogadali to Marsjanie rozpoczynają inwazję! Oczywiście nikt nie jest na to przygotowany, więc na początku przybysze z kosmosu wygrywają ten pojedynek, opanowując po mału Ziemie. Można znaleźć ich wszędzie: w Indiach, w Europie, w Australii. Na końcu, ludzie (jacyś randomowi) znajdują sposób na zielone ludki i wybijają je za jednym podejściem. Można? Pewnie, ale tylko u Tima Burtona! Film jest świetną parodią wszystkich dziwnych filmów z klasy B. Sam na Filmwebie ma ocenę 5,4, nie wiem dlaczego! Jak dla mnie nie ma sobie równych w kategorii „osobliwych”, ale raczej z pogranicza smaku. Bo tam to wszystko się wylewa, wszystkie flaki (ale tak, do jakiejś granicy przyzwoitości) i jest czysto komediową zagrywką. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam go za prostotę przekazu. Mimo tego, że to wszystko jest tak na maksa stereotypowe (ludki zielone, raczej nie przyjaźnie nastawione, wszyscy się raczej ich boją niż przyjmują z otwartymi ramionami), to się przecudownie to ogląda. Śmiejecie się z tego przez całe półtorej godziny!

Obejrzycie na cda.pl

Rodzina Addamsów (1991)

Podpisana w opisie jako „czarna komedia” „Rodzina Addamsów” jest jedyna w swoim rodzaju! Myślę, że to najlepsza ekranizacja tego komiksu, ze wszystkich powstałych. Wiem też, że Tim Burton zabierał się za to parokrotnie, chcąc stworzyć jeszcze bardziej groteskowy obraz, ale udało mu się tylko zrobić nową animację. Też jest na przyzwoitym poziomie, jednak filmowi do pięt nie dorasta! Opowieść toczy się w okół ekscentrycznej rodziny Addamsów, którzy żyją w wielkim, przypominającym zamek, czarnym domu. Mieszkają gdzieś na odludziu w towarzystwie cmentarza, spalonych kwiatów, dziwnej, chodzącej ręki oraz pół martwej rodziny. Głową jest Gomez Addams, który do szaleństwa kocha swoją żonę Morticie oraz dwójkę dzieci: Wednesday i Pugsleya. Pewnego dnia w domu pojawia się zaginiony brat Gomeza, Fester, który ma ochotę na przejęcie ich rodzinnego dobytku. Komedia zachowana jest w iście „czarnym” humorze i „czarnym” opierunku. Perypetie rodziny są dosmaczone z każdej strony na tyle, że nie czujecie przesytu. Zawsze uważałam, że w takich produkcjach najważniejsze są szczegóły, więc większość roboty nie robią kreacje aktorskie, ale scenografia i kostiumy. Dopracowane do pojedynczych klameczek i bibelotków wnętrza, robią świetne wrażenie. Oczywiście obsada też nie jest zła, obserwujemy pierwszy aktorskie kroki Christiny Ricci w roli Wednesday. A dialogi są teraz królowymi mrocznych memów w Internecie. Nie mogło być lepiej.

Obejrzycie na Netflixie.

Kosmiczny mecz (1996)

To chyba jedna z ulubionych pozycji mojego brata z dzieciństwa! Mieliśmy ten film na kasecie, więc kazał zawsze wkładać kasetę od nowa, gdy film się skończył. Znałam go wtedy na pamięć, mimo, że sama wolałam oglądać „Małą syrenkę”. „Kosmiczny mecz” to połączenie filmu i animowanej kreskówki – czyli kwintesencji lat 90! Ktoś pewnego dnia wpadł na to, że będzie to pięknie wyglądać na ekranie. No może, nie za bardzo, ale klimat sprawdził się na tyle, że podobno w przyszły roku zobaczymy spotkanie ekipy po latach. Bohaterowie kreskówek Looney Tunes – królik Bugs, Struś Pędziwiatr czy Diabeł Tasmański – muszą stoczyć w swoim świecie ważny mecz koszykówki z diabelskimi stworzeniami. Niestety sami są w kosza średni, większość z nich nie dosięga nawet do piłki.. Postanawiają więc porwać z prawdziwego świata najlepszego gracza NBA Michaela Jordana, który – wierzą w to – pomoże im go wygrać. Niesforne animki nie pomagają w tym zadaniu, a wręcz czasami przeszkadzają. Tworzy się z tego przecudowny rozgardiasz, pełen śmiechu i zabawy, połączony z pasją do koszykówki. Nie stworzono już drugi raz takiego filmu, który łączyłby w sobie tyle elementów z kreskówek, animacji i filmu. Tworzenie go na pewno na tamte czasy nie było proste, nie wyszło może idealnie, ale ja za każdym, nawet 100 razem, bawiłam się przy nim wybuchowo. Dosłownie!

Obejrzycie na cda.pl

Źródło zdjęć: filmweb.pl