film,  recenzja

[KAPITAN MARVEL] i Wytrwałość

Mam takie momenty, że czasami brakuje mi słów. Jednak to nie był ten moment. Nie chodzi o to, że mi się nie podobało, ale jestem pewna że można było to zrobić inaczej. Trochę bardziej tajemniczo, bo tak, ja już dokładnie wiem jak się skończą „Avengers: Endgame”. Dokładnie też wiem, kto będzie zbawcą świata. Czy Wy już też to wiecie? Super, bo ten tekst będzie pełny spoilerów. Jak zawsze.

Najnowsza produkcja Marvel Studios to nie tylko odpowiedź (tak, 2 lata później) na “Wonder Women”, ale też zupełnie inny rodzaj kina.

Historia Vers zaczyna się na planecie Kree, gdzie ćwiczy by dołączyć do pułku żołnierzyków Sztucznej Inteligencji władającej planetą. Jest ona obdarowana super mocą, ale nie umie jej kontrolować. Straciła też pamięć parę lat wcześniej, więc jest święcie przekonana, że jest jedną z Kree. A prawda jest taka, że nazywa się Carol Danvers i pochodzi z Ziemi. Jej pułk wyrusza na jedną z misji, której celem jest wyeliminowanie zmiennokształtnych istot Skrulli. Podczas niej dużo rzeczy idzie nie tak i Carol trafia na planetę C-53, po naszemu zwaną Ziemią. Jest rok 1995.

Marvel postanowił grubo cofnąć się w czasie. Na Ziemi spotykamy Agentów Tarczy, którzy średnio są zaznajomieni z kosmicznymi mocami, średnio też wiedza czym są istoty Kree i jakiekolwiek inne. Jesteśmy w czasach, kiedy Tony Stark jest w trakcie swojej sodomy i gomory i jeszcze nie wpadł na pomysł Iron Mana, a Kapitan Ameryka nadal sobie słodko śpi. Jednak te lata 90 nie wybrzmiewają z ekranu. Scenografia, jak na Marvela, jest dosyć słaba. Ograniczono się do nawiązania z wypożyczalnią kaset video, paroma barami i pagerami. Reszta raczej dużo bardziej jest osadzona gdzieś w kosmosie, niż na naszej matce Ziemi. To samo jeśli chodzi o kostiumy – spodziewałam się przynajmniej przez chwilę – klimatu rodem ze “Stranger Things”, a dostałam parę smutnych detali rodem z lat 90. Ale jedno co zagrało, to jak zwykle – muzyka. Zadbano tutaj o to, by w każdej scenie grała z prezentowanymi latami i wtedy byłam pewna, do jakich czasów się cofnęłam. Wrzucono też parę feministycznych piosenek, żebym przypadkiem nie zapomniałam co miało wybrzmieć z filmu przede wszystkim.

Miało. To jest dobre słowo na dobrym miejscu. Szczerze powiedziawszy, oprócz paru nawiązań z przeszłości Carol nie mamy za dużo do czynienia z feminizmem, o który film tak podejrzewano.

Wiadomo, nasza bohaterka jest silna i niczego się nie boi. Jest w stanie zrobić wszystko i pokonać każdego, jednak nie czuje od niej, że była w jakiś sposób krzywdzona przez mężczyzn. Z fabuły, ani dialogów nie wybrzmiewa to wprost. A tą stworzono trochę po omacku. Marvel, nie zaznajomiony w historiach kobiet, trochę błądził. Historię poprowadzono poprzez retrospekcje. Bo poznajemy Carol w momencie, w którym wszystko jest już przyklepane, i kawałek po kawałeczku (tak jak ona) odkrywamy jej przeszłość. Nie ma też tam wroga, który nie wiadomo jak będzie ewoluował, ani wracał by atakować jej ukochaną Ziemie. Zastosowano klasyczny motyw odwrócenia – Ci co na początku wydają się dobrzy, potem stają się źli. Nie można tej historii dać ciągu dalszego, w normalnym tego słowa znaczeniu. Dlatego elementu, którego mi tutaj brakowało było przywiązanie. Fakt, dostajemy super fajne sceny z udziałem kota, super żarty, którymi rzuca sama Kapitan Marvel. Sceny akcji są zrobione bardzo klasycznie, wręcz tak, żeby nie wychodzić przed “Avengers:Wojna bez granic”. Fabuła płynie, ale nie przyciąga. Nie związałam się z Carol w żadnym tego słowa znaczeniu. Brakuje mi w tym filmie pewnego łącznika, który nas przywiązuje do postaci, w taki sposób, że lubimy do niej wracać.

Film więc potraktowano jako przystanek. Pamiętacie, jak czytaliśmy, że “Kapitan Marvel” będzie taką produkcją na miarę pierwszego “Iron Mana”, który rozkochał wszystkich w MCU? No może tak, bo Carol jest podobna do Toniego, ale ja nie czuję się jej koleżanką. Chociaż Brie Larson jest świetna w tej roli i spełniła wszystkie moje oczekiwania. Mimo, takiego trochę drewnianego sposobu bycia, jest w tym wszystkim naturalna. Uśmiecha się zawadiacko, epatuje wyższą inteligencją i zachwycającą empatią. Ale finalnie pełni zadanie – wypełniające. W filmie rozwiązano i pokazano te kwestie, które męczyły fanów od lat. Historia Nicka Fury’ego, jego oka, czy nazwy “Avengers”. Jest też takim “spoiler alertem” dla wszystkich, którzy czekają z zaciśniętymi pięściami na “Avengers: Endgame”. Dostaliśmy swoją odpowiedź w scenie po napisach. Dlatego też jest mi przykro, bo ja dokładnie wiem już jak to się wszystko skończy. A tak wcale nie miało być, mieliście mnie zaskoczyć!

Nie jest to zły film, w swoim gatunku jest nadto poprawny. Zaśmiejecie się na nim nie raz, zobaczycie super sceny walki, a nawet odkryjecie, że Kapitan Marvel ma serce. Durne, miłosne sceny na razie wykluczono, ale może wrócą już niedługo. Nasza bohaterka jest na domiar wytrwała i chyba musiała dostać taki film – na tę chwilę – by potem móc pokazać nam trochę więcej. Jednak nie jest to mój ulubiony film. Na tle “Czarnej Pantery” czy wspomnianego wcześniej “Iron Mana” – nawet jedynki – wyszła blado. A szkoda, bo miało być tak pięknie. Musimy być wytrwali, bo najwidoczniej, najlepsze jeszcze przed nami.

Ocena: jeśli jesteś fanem, idź, jeśli nie – poczekaj

Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *