film,  recenzja

[DUMBO] Słonik na szczęście

Dawno dawno temu, za górami za lasami był sobie taki Tim Burton który robił filmy i uwielbiał malować w nich świat na różne kolory. Raz były ciemne, raz pstrokate, raz nawet trzymał się trendów i było neonowo, a raz nic do siebie nie pasowało. Każdy z nich był na swój sposób magiczny, nawet jeśli opowiadał totalnie przyziemną historię. Ona wciągała nas tak bardzo, że chcieliśmy więcej i więcej. Tak też ja, po obejrzeniu „Batmana” się zachowywałam. Wiedziałam, że to jeden z lepszych filmów o fruwającym bohaterze, jaki widziałam i nie chce nigdy przestać takich oglądać. A Tim najwidoczniej ma słabość do latających istot dokładnie tak jak ja. Tym razem przeniósł nas do jednego z cyrków, któremu urodziło się stworzenie z wielkimi uszami – „Dumbo”.

Jego remaki bajek cieszą się dużo większą popularnością, niż ich pierwsze wersje. „Alicja w krainie Czarów” jest tym filmem, dzięki któremu nikt go nie jest w stanie zapomnieć.

Tim Burton to reżyser jedyny w swoim rodzaju. Nikt tak jak on nie potrafi wykreować świata, od samego początku, jak i go poprawić. A ja zapisałam sobie go na liście moich ulubionych reżyserów z wielu powód, ale jeden jest najważniejszy – nie ważne ile mam lat, podczas oglądania jego filmów znowu czuje się jak 6-letnia dziewczynka, która pierwszy raz ogląda swoją ulubioną bajkę.

„Dumbo” to remake animacji z 1941 roku. Animacji kultowej, która wyznaczała trochę bieg historii. Była na pewno jedną z tych bardziej zaawansowanych technicznie, jak na tamte czasy. Historia jest bardzo prosta. Jest rok 1919. Cyrk braci Medici przechodzi lekki kryzys. Z pola bitwy wraca do niego Holt (Colin Farrell) – gwiazda jeździectwa. Niestety, w cyrku pozostawił swoją dzieci i żonę, która zmarła w trakcie wojny na hiszpankę. A jego konie sprzedano. Dyrektor jednak znajduje mu nową fuchę – będzie zajmował się rodziną słoni – małym słonikiem z dużymi uszami i jego matką. Przez większość czasu nie wiadomo co z małym zrobić, wiele osób śmieje się z jego przerośniętych małżowin. Nagle dzieci Holta odkrywają, że cwaniaczek dzięki nim potrafi latać. Wnet staje się gwiazdą estrady.

Klasyczną bajkę o magicznym słoniu, wedle swojego kunsztu, Tim doprawił wieloma smaczkami.

Wykreował bardzo prosty świat, w którym każdy element ma swoje zastosowanie. Nie znajdziemy tam wiele odwołań do panującego wieku, a nawet bym powiedziała, że scenografia została bardzo pod tym względem podkręcona. W końcu jest to bardzo realny świat jak na Tima przystało i nie miał on tam wiele rzeczy, w których mógł wyjść z jakiegoś schematu. Dlatego też powstało wielkie wesołe miasteczko na miarę naszych czasów, a nie 1919 roku. Źli ludzie siedzieli w wielkim gabinecie na szczycie wieżowca, a maluczcy stąpali po ziemi, z której potem wznosili się ku górze. Film ma za zadanie pokazać małym (i dużym) widzom, że niemożliwe staje się możliwe, wtedy gdy w to uwierzymy. Bardzo ładnie gra się w nim emocjami – w szczególności tęsknotą. Każdemu z bohaterów kogoś lub czegoś bardzo brakuje. Jednemu żony, drugiemu odwagi, trzeciemu uporu, a czwartemu matki. Każdy z nich dąży do tego by jednak odzyskać utracony skarb, co czasami wydaje się niemożliwe. Ale w tym filmie, niemożliwe rzeczy Tim Burton robi od ręki.

Fabuła filmu jest bardzo skondensowana. Jak to w bajkach bywa, jest trochę infantylnie. Bardzo dużo czasu spędzamy z głównym słonikiem, ale dostatecznie poznajemy wszystkich bohaterów. Wiemy dlaczego Holt jest trochę zgorzkniały i nie wierzy w swoją córkę. W tej relacji odkryłam pewien feministyczny uśmieszek, który reżyser zrobił do kobiet. Naprawdę – dziękujemy. Colin Farrel jest jak zwykle drewniany, ale dokładnie tak jak w „Parnasusie” albo „Ratując Pana Banksa” sprawdza się w takiej roli bardzo dobrze. Nie zwracałam na jego głupie miny zbytnio uwagi, bo skupiłam się na świetnej animacji. Słonik jest przepięknie zrobiony i muszę przyznać, że już w drugiej scenie przestałam zauważać, że wykreowano go komputerowo. Cały świat, jego postacie i panująca atmosfera zgadza się na każdym kroku. Nie był to oczywiście wyczyn na miarę Alicji, jednak często zdarza się, że wielcy reżyserzy wykładają się na najprostszych rzeczach. Tutaj to się nie wydarzyło. Było jak zwykle bajecznie.

„Dumbo” jest takim filmem jakim powinien być – przesłodkim. Pięknie gra na emocjach w chwilach, w których powinien. Nawet Ci, już dorośli, będą mogli obudzić dzięki niemu swoje wewnętrzne dziecko. A dzieci pokochają tego słonika, którego będą chciały na pewno, zatrzymać na szczęście.

Ocena: tak, idźcie z dzieciakami!

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *