recenzja,  serial

[THE TITANS] nadchodzą

Seriale ze stajni DC Comics mają ciężko wśród Mervelowskich utworów. Niskobudżetowe, źle dograne, najczęściej ze słabą obsadą, nie są najlepszymi serialami na świecie. A historie mają wielki potencjał – są przecież kultowe. Wszyscy podniecaliśmy się na sam widok znaku Batmana czy nawet bluzki Supermana. Reszta postaci z uniwersum jest niedoceniana, mało popularna, ale warta uwagi wszystkich fanów superbohaterów i nie tylko. Najbardziej z nich opuszczoną postacią jest Robin. Młody pomocnik i uczeń Batmana, który pojawił się w filmie z 1997 roku “Batman i Robin” w reżyserii Schumachera, gdzie jeszcze George Clooney grał Batmana. Nie był to dobry film, a szkoda.

W tym roku w stajni DC Robin pojawił się znowu w serialu “The Titans”, który okazał się lepszy niż na początku wszyscy przypuszczali, włącznie ze mną.

Nie będę Wam kolejny raz narzekać na seriale i filmy DC. Wielką fanką nie jestem, wszyscy którzy mnie znają i czytają lub tylko czytają, dobrze to wiedzą. Zjeżdżam wszystkie produkcje od góry do dołu przy każdej możliwej okazji. Tylko “Wonder Women” darowałam życie, ale to po prostu było zrobione z największym rozmachem, z takim, że wyobrażam sobie tych wszystkich producentów, którzy spocili się przy tym okropnie. To było bardzo dobre. I nie spodziewałam się zobaczyć czegoś równie dobrego z ich ręki, aż do kolejnej części przygód wyżej wspomnianej koleżanki, aż zobaczyłam serial “The Titans”. Patrząc na tytuł, plakat czy zwiastun miałam mieszane uczucia. Niby trochę zaczerpnięto z “Gotham”, trochę z Sherlocka Holmsa, i kawałek ucięto z X-Menów, ale cała ta sklejka na samym końcu miała dużo sensu. A kończąc szczena mi trochę opadła.

“The Titans” opowiada historię Robina po tym jak opuszcza Gotham i służbę Batmanowi. Lub pomoc, jak kto woli. Z postanowieniem, że na zawsze porzuci strój i służbę społeczeństwu jako superbohater, trafia do Detroit. Tam przez chwilę pracuje jako detektyw w wydziale zabójstw. Podczas jednej z prowadzonych spraw trafia do niego tajemnicza dziewczyna z supermocami. Okazuje się, że szukają jej przybysze z kosmosu czy łowcy głów. Dziewczyna ma niby spowodować zagładę świata. Robin obiecuje ją chronić, przez co goni ją, potem ucieka razem z nią i stara się dowiedzieć, dlaczego szuka jej tyle osób i ma niby zniszczyć Ziemie. Na drodze zbiera osobliwą świtę, do której trafiają: Starfire – laska z czerwonymi włosami, która zionie ogniem, Beast Boy – chłopak zamieniający się w zielonego tygrysa i Wonder Girl – młodsza amanzonka, pomocnica Wonder Women. Razem z dziewczynką – Raven – próbują rozwikłać zagadkę jej pochodzenia.

Początkowo serial jest klasyczną sztampą, jaką DC kocha. Historia chłopca z traumą, którego ratuje zakapturzony osobnik.

Daje mu szansę, wszystkiego go uczy, ale ten ucieka. Nie jest pewny czy jest do końca dobry. Muszę Wam przyznać, że ja też na początku nie byłam pewna, czy Robin to jest dobra postać. Schowany za mroczną ekspozycją, ciemnymi ulicami i traumatycznymi wspomnieniami, wydawało mi się, że mam do czynienia z postacią tragiczną – już tak zniszczoną przez całe swoje życie, że nie jest już w stanie zrobić dla innych niczego dobrego. Nagle postać ta wysnuwa się z mroków i staje – prawie z orężem – i walczy. Nie jest to ten Robin, którego widzimy w filmie z 1997 roku, bo błagam – nikt nie chce go już więcej oglądać. W końcu stworzono postać, która jest zgodna z komiksem i z wyobrażeniem fanów. Brenton Thwaites radzi sobie w tej roli zadziwiająco dobrze, jak na tak młodego aktora. Świetnie partneruje mu Anna Diop w roli Starfire czy Conor Leslie w roli Wonder Girl.

“The Titans” ma dobrą, świeżą, młodą obsadę. Dzięki czemu jesteśmy zapoznawani z całą historią od początków, bez żadnych utrudnień w postaci wizerunków bardzo znanych aktorów. DC zresztą nigdy na to nie stać, bo wszystkie pieniądze idą na Batmana. Tutaj go nie ma, a przynajmniej na razie się nie pojawił. Obsada radzi sobie dobrze z dość trudnym scenariuszem. Serial na początku jest dość skomplikowany. W pierwszych trzech odcinkach dostajemy dużą dawkę wątków, które są potem rozwijane. Dlatego też, po nich nie wyłączajcie, nawet jeśli nie rozumiecie o co chodzi, potem wszystko staje się jasne. A przynajmniej na tyle, na ile chcieli tego twórcy. Lekko siadają efekty specjalne – są trochę przerysowane. Bardzo sceny walk przypominały mi te, ze starych części X-Menów. Jeszcze takie niedorobione, nie dokręcone i poprzekładane. Do tego ta mroczna ekspozycja niczym z “Gotham”, gdzie wszystkie ulice są ciągle ciemne i słońce to tam jest w domyśle. Tworzy to pewien klimat. Ale połączenie to nie kole w oczy, nie zrazicie się. 

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią też, że nadejdzie drugi sezon. Produkcja zebrała bardzo dobre recenzje w Polsce i na świecie, więc nie dziw, że twórcy będą ją rozwijać. Tego się na pewno spodziewano, bo zakończenie było bardzo niejasne i skomplikowane. Aż prosi się, żeby pokazać więcej i lepiej. Jeśli DC utrzyma to w tym samym klimacie i nie zjedzie z jakością fabuły, podreperuje lekko efekty specjalne, to jestem przekonana, że to będzie całkiem dobry serial. Na razie jest tylko dobry, a jak na DC to już dużo.

Ocena: zobaczcie, ale do końca!

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *