film,  recenzja

[AVENGERS: ENDGAME] Każdy koniec jest nowym początkiem

Pewnie pisałam o tym z tysiąc razy w przeciągu ostatniego roku, albo słyszeliście to ode mnie osobiście. Miałam w gardle wielką gulę, gdy wychodziłam z „Avengers: Wojna bez granic”. Miałam wrażenie, że ta gula nigdy nie przemknie przez mój układ pokarmowy, a powodujący ucisk nie minie. Uśmiercanie moich ulubionych bohaterów, którzy stali się elementami jakiegoś kultu, było okrutne. Wszyscy więc zastanawialiśmy się jak twórcy wybrną z tego fabularnego niesnasku. Jedyną opcją było „zmartwychwstanie”, ale musiało mieć ręce i nogi. Fanowskich teorii powstało tyle, że nie szło tego czytać. Oczywiście, nikt nie miał racji. Ja nie miałam racji, jestem okropna w przepowiadaniu przyszłości i czytanie między słowami. Jednak po obejrzeniu „Avengers: Koniec gry” gula opadła, a ja poczułam spokój.

Płakaliście? Śmialiście się? Zaciskaliście mocno pięści, modląc się by to już było to, ta szansa jedna na 14 milionów, o której mówił Strange?

Miałam tak samo. Ale nie mogłam wyjść z podziwu podczas oglądania nowych Avengersów. Nie będę za dużo spoilerowała, ale na pewno zarysuje lekko fabułę.

Minęło 23 dni od zgładzenia połowy świata przez Thanosa. Iron Man wraz z Nebulą lawirują gdzieś w kosmosie, bo zabrakło im paliwa by powrócić na Ziemię. Natasza, Kapitan Ameryka, Hulk i reszta szukają bez skutku śladu Thanosa, który uciekł z kamieniami. Sytuacja zdaje się być bez wyjścia, przegrali. I to z niezłym kretesem – jedno psyknięcie zgładziło 3 miliardy ludzi, rządy wszystkich Państw są w rozsypce, ludzie nie potrafią normalnie funkcjonować. Na ulicach jest większe zamieszanie niż po atakach terrorystycznych. Gdy Tony zostaje uratowany przez Kapitan Marvel i sprowadzony na Ziemie, okazuje się, że kamienie zostały ponownie użyte przez Thanosa. Ekipa wsiada na statek i pędzi na miejsce, gdzie okazuje się, że zostały one zniszczone. Z N I S Z C Z O N E. Nie ma już żadnego sposobu na to by sprowadzić z powrotem tych, którzy zginęli. Żadnego.

Mija pięć lat podczas których pozostali Avengersi próbują panować nad sytuacją na Ziemi, jak i w kosmosie. Kapitan Marvel zmienia fryzurę. Natasza je kanapki z masłem orzechowym, odbierając maile od szopa pracza, a Steve prowadzi grupę wsparcia dla tych, którzy przeżyli. Jakby to powiedział klasyk: jest chujowo, ale stabilnie. Gdy nagle, dzięki niczego nieświadomej myszy, z kwantowego świata powraca Scott Lang. Wpada on na pewien pomysł, jak można naprawić to, co się stało.

Twórcy mieli nie lada wyzwanie. Nie tyle, co musieli trzymać się jako tako komiksów, ale przede wszystkim musieli logicznie i płynnie rozwiązać wszystkie powstałe przez 11 lat wątki. Tak, by nikt z kina nie wyszedł zawiedziony (prawie).

Dodatkowo trzeba było stworzyć idealne pole do tworzenia nowych wątków. Stworzyć świat, z którego można było wiele jeszcze rzeźbić. Wbrew pozorom jest to bardzo trudne zadanie. Bo jak zadowolić miliardową ilość widzów? Zakończenie musiało być przecież epickie i takie, by nie pozostawało żadnych wątpliwości nikomu. Nie będę Was trzymała długo w niepewności – udało im się to.

Oglądając „Avengers: Koniec gry” nie czuć mijającego czasu. 3 godziny? Mogłabym tam siedzieć i 4 jeśli byłaby taka możliwość. Czas przestał istnieć. Sposób rozwiązania mojej ulubione historii spełnił moje wszystkie oczekiwania – chociaż nie było do końca logicznie oraz nie wytłumaczono dokładnie procesu jego powstawania. To bajka, prawda? Po prostu ktoś przyszedł z pomysłem, potem stanął przed konsolą komputera i nagle, wszystko stało się możliwe. Ot tak. Nie wszystkim się sposób tego wyjaśnienia podobał, ale ważne, że jakoś zadziałał. W końcu temat podróży w czasie zawsze wszystkich najbardziej interesował i dawał duże pole do popisu. Rodzi dużo pytań, ale i możliwości. Po czym twórcy postanowili przypomnieć nam większość filmów z faz MCU. Pierwszą część Avengers, Strażników Galaktyki, drugą część Thora. Płyniemy przez takie „memory lane”. Spotykamy wielu bohaterów, z którymi już dawno się pożegnaliśmy, po czym wracamy dalej ratować świat. Wszystko to tworzy taki supeł, który po rozwiązaniu rozwiewa większość naszych wątpliwości jakie mieliśmy po obejrzeniu „Wojny bez granic”. Całą historię zakończono w przepiękny sposób. Rozwiązano wątek każdego bohatera, który – jak przewidywaliśmy – miał odejść. Pokazano, że „happy end” może mieć klasę. Bez tego nie bylibyśmy w stanie zaznać jakiegokolwiek spokoju, ani poczuć, że gula się obniża.

Oczywiście, jak to w każdym filmie, jestem w stanie się do czegoś przyczepić.

Pośród świetnych efektów specjalnych, dobrych (jak zwykle) kreacji aktorskich i fantastycznych rozwiązań fabularnych, trochę rzeczy mnie zawiodło. Rola Kapitan Marvel był nieznaczna, co nieźle rozczarowało. Tak wiele razy pokazywano ją w zwiastunach, że byłam święcie przekonana, że to właśnie ona uratuje wszystkich i pokaże tym, że będzie kierować od tej pory Avengersami. A jednak nie. Carol Danvers jak zwykle wypięła się na Ziemie, ale wpadała na najlepsze sceny. I zmieniła fryzurę – na gorszą. Momentami muzyka w ogóle nie grała z tym co się działo na ekranie. Puszczano ukradkiem jakieś stare przygrywki Disneya, niczym z “Króla Lwa”. Albo sprzed 11 lat. Nie zbrakło w filmie charakterystycznego humoru Marvela, ani scen, które odciągały naszą uwagę skutecznie od problemu. Niektóre wyszły lepiej, niektóre gorzej.

Nie obyło się bez łzawej końcówki, za którą jestem twórcom najbardziej wdzięczna. Pierwszy raz widziałam jak ponad 2 metrowy facet płacze. Tak, koleś, który siedział koło mnie zamknął twarz w dłoniach by się totalnie tam rozpuścić. Wyglądało to przeuroczo, a ja jak zwykle nie miałam chusteczki. Zresztą sama popłynęłam. A wychodziłam z kina w totalnym szoku, po którym poczułam spokój. Takie miłe uczucie, które towarzyszy Wam wtedy, gdy wiecie, że nie będzie już nigdy tak jak kiedyś, ale będzie lepiej. Kojarzycie?

Albo macie czasami tak, że oglądacie koniec swojego ulubionego serialu i wiecie, że twórcy totalnie zjebali zakończenie?

Ostatnie minuty mijają, a Wy wiecie, że to nie jest to czego oczekiwaliście. Coś takiego zostawia po sobie niezły niesmak, mimo, że serial był niesamowity sam w sobie. Tutaj poczułam, że ten „end” jest idealnie wyważony. Jak się też mówi: nie ważne jak ktoś zaczyna, ważne jak kończy. Czy to w stosunku do kończących się związków, przyjaźni czy relacji biznesowych. Najważniejsze staje się ostatnie wrażenie. A to Marvel i Kevin Fringe zostawili po sobie niesamowite.

Wszystkim Wam polecam ten seans. Jest nostalgicznie, sentymentalnie i z wielką pompą. Jest to piękny koniec, ale i jeszcze piękniejszy początek dla tych bohaterów, którzy zostali w Marvelowskim świecie. Twórcy zostawili sobie wiele bramek dla kontynuacji czy sentymentalnych retrospekcji. To był koniec pewnej ery, ale też początek. Na pewno będziemy oglądać jeszcze piękne produkcje Marvela. Już nie mogę się doczekać.

Ocena: WARTO!

Źródło zdjęć: filmweb.pl, noizz.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *