recenzja,  serial

[SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ 3] Fortuna kołem się toczy

Prawie rok temu na łamach bloga znalazła się recenzja pierwszego i drugiego sezonu “Serii Niefortunnych Zdarzeń”. I wydawać by się mogło, że podtrzymam swoje zdanie na jego temat, napiszę tutaj kolejną salwę pochwał, a potem wręcz miłosny poemat. Każda produkcja dłuższa niż 2 sezony jest jednak jak sinusoida. Raz jest lepsza, raz gorsza. I tak samo jak fortuna w tym serialu – która najpierw nie sprzyjała sierotom – kołem się zatoczyła, a więc mój entuzjazm – jak to na okręgu – zrobił zwrot o 180 stopni.

Świat, który stworzył Lemony Snicket (a właściwie Daniel Handler) jest na tyle wyjątkowy, że aż się prosi o piękny film czy serie, która przesiąknięta będzie tym wszystkim co urodziło się autorowi w głowie.

Zakładam po cichu, że żadne z Was nie czytało od deski do deski żadnej z książek. Nie jest to popularna seria dla młodzieży, jednak moje serce skradła szczególnie. Oczywiście nadal jest na liście “ulubione” i trzymam je wszystkie na ciepłej półeczce. Gdy jednak wyszedł pełnoprawny serial – i to jeszcze produkcji Netflixa – wiedziałam, że to będzie dobra produkcja. Zdecydowao się zekranizować wszystkie książki, dając fanom w końcu to, na co czekali od dawna. Posadzono również Handlera na stanowisku scenarzysty i producenta, więc zakładałam że fabularnie wszystko będzie się zgadzać. Historia pozostanie tą samą historią, którą zachwycałam się prawie 10 lat temu i pierwszą, której złe, nie jasne i niezbyt szczęśliwe zakończenie polubiłam. To właśnie ono zmieniło mój stosunek do zakończeń, prawie, bezpowrotnie. Ponieważ uważałam wtedy, że to nie ludzkie uśmiercać postacie, zostawiać nas widzów w niedosycie lub co gorsza z wieloma pytaniami, więc wolałam te określone zakończenia. A Handler wszystkich fanów książki pozostawił na rozstaju dróg, z kłębiącymi się w głowie niedopowiedzeniami, ale też w miejscu w którym tych odpowiedzi już nie można uzyskać. A mi się to zakończenie spodobało. Było w końcu niefortunne i takie powinno pozostać.

Trzeci sezon serialu został poświęcony czterem ostatnim książkom serii: Zjezdne zbocze, Groźna Grota, Przedostatnia Pułapka oraz Koniec Końców. W każdym odcinku co raz więcej dowiadujemy się o tajemniczej organizacji, powodach schizmy oraz postaciach, dobrych i złych, które kiedyś się ze sobą przyjaźniły, a nawet kochały. Do fabuły mam parę zastrzeżeń. Akcja toczy się jak sinusoida – raz szybka, raz wolna. A ta wolna dłuży się jak flaki z olejek. Niektóre wątki, nie do końca w książce rozwinięte (jak np. wątek trojaczków Ostateczność), w serialu dłużą nam się niemiłosiernie. Dodatkowo – postacie są jeszcze bardziej przerysowane, a zbiegi okoliczności niefortunne. Sieroty myśląc, że to już koniec, dostają po tyłku ostatni raz, co doprowadza ich na tajemniczą wyspę, na której Hrabia Olaf zagra swój ostatni akt. Dodano postacie, o których w książce nie było nic – np. ojciec Olafa, twórca Wolontariatu. Bardzo wyraźnie pokazano w serialu to, kim jest matka sierot. Momentami podawano widzom wszystko na tacy, bez konieczności wysuwania jakiś dalekich wniosków.

Książka została napisana zgoła inaczej, więc i inaczej się skończyła. A w serialu fortuna obróciła swoje koło i sieroty dostąpiły… fortunnego zakończenia.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do kostiumów czy scenografii – na maksa, jeszcze bardziej niż w poprzednich sezonach – przerysowanych, karykaturalnych. Kostiumy są zrobione mistrzowsko w każdej, nawet tej normalnej scenie. Jeśli chodzi o aktorów najbardziej tutaj irytowała mnie postać Księżniczki Plujko, która momentami za bardzo wchodziło w rolę. Uwielbiam natomiast kreację Esmeraldy Szpetnej – którą w książkach wyobrażałam sobie trochę inaczej – ale twórcy ładnie moją wyobraźnię poprawili. Lucy Punch odegrała tę rolę perfekcyjnie. Nie muszę też chwalić Neila Patricka Harrisa, którego mimika twarz wygrała. Powinien na pewno dostać nagrodę za perfekcyjne wykreowanie najbardziej znienawidzonej postaci w seriach. Na pewno dużą zaletą serialu jest nieoczywiste dobranie aktorów do ich ról. Nie zobaczymy w niej nikogo sławniejszego od Harrisa, ani nikogo, kogo kojarzymy z jakąś rolą. A Harris sam w sobie jest tak ucharakteryzowany, że ledwo siebie przypomina.

Co do fortunnego zakończenia, zawiodło mnie po całej linii. Czekałam aż to się skończy niejednoznacznie pozostawiając dziurę w moim sercu, ponownie. A tę dziurę już od pierwszego odcinku szykowałam. Pielęgnowałam ją i sprzątałam, by potem dobrze się w niej czuć. Po prostu przygotowałam się na najgorsze. A to…kończy się dobrze. Pierwszy raz zrobiłam takie duże – meh – na szczęśliwym zakończeniu. Dowiedziałam się wszystkiego, rozwiązałam wszystkie zagadki, poznałam dogłębnie każdy powód działania każdej z postaci. Nie muszę zadawać pytań, domyślać się i dopisywać sobie. Wszystko się skończyło. Dobrze się skończyło, jak w prawdziwej baśni dla dzieci.

Ocena: WARTO, nawet jeśli nie czytałeś książek.

Źródło zdjęć: syse.com, filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *