recenzja,  serial

[WHAT/IF] Wszyscy kłamią

Po obejrzeniu całej trylogii „Johna Wicka”, Pokemonów i paru innych filmów, brakowało mi dreszczyku emocji. Fakt, w Johnie trochę był, ale ginął gdzieś pomiędzy choreografiami i debilną fabułą. Więc bardzo ucieszyłam się gdy zobaczyłam zwiastun nowego serialu Netflixa z Renee Zellwegger. Nasza Bridget Jones przeszła niezła przemianę i zagrała w nim rolę bardzo, a to bardzo zimnej suki. Na tym niestety koniec dobroci, bo serial nic więcej nie wnosi.

Na początku poznajemy bardzo udane małżeństwo – Lisę i Seana.

On jest ciapowaty i nieogarnięty, ale przystojny, a ona prowadzi firmę, która odkryła – powiedzmy – lek na raka. Albo coś w tej deseń. Próbuje pozyskać inwestora, który da jej szmal na to by ten pomysł móc rozwijać. Jednak – na marne. Nikt nie chce stawać w szranki z wielkimi koncernami farmaceutycznymi, które według inwestorów, zjedzą ich na śniadanie. Nagle więc pojawia się postać Anny – wyjadaczki w temacie ryzykownych inwestycji. Ta, przychodzi na drinka do jednego z miejsc pracy Seana. Zaczynają rozmawiać, nie tylko o seksie, ale także o Lisie. Anna podobno słyszała o jej firmie i chce złożyć jej pewną propozycje. Lisa ucieszona dzwoni do inwestorki następnego dnia i umawia się na spotkanie z nią. A na nim Anna proponuje małżeństwu pewną lukratywną wymianę – jedna noc z jej mężem w zamian za inwestycje rzędu 80 milionów dolarów w jej firmę. Zasada jest prosta: Sean nie może powiedzieć ani słowa co się działo podczas rzeczonej nocy. Lisa bardzo długo (prawie) bije się z myślami, ale potem razem postanawiają, że się zgodzą. W końcu chodzi o cel, a nie o środki.

Do tego ostatniego momentu wszystko jest super. Bardzo mocna postać Renee podoba nam się na ekranie. Każdy jej tekst nasączony jest nieprawdopodobnym jadem. Gdybyśmy podeszli o krok bliżej, na pewno padlibyśmy jego ofiarą. Jednak postacie Lisy i Seana są jednowymiarowe. Ich historia zamążpójścia jest nieskalana żadnym dziwnym zwrotem akcji. Ich charaktery zdają się czyste, tak jak intencje. Wychodzimy z założenia, że to dobrzy ludzie. Po prostu. Przy wątku głównym, toczą się jeszcze dwa poboczne: brata Lisy geja i jego partnera oraz najlepszych przyjaciół Seana z liceum. Ci ostatni przeżywają kryzys – jedno zdradza drugie.

I po dwóch, trzech odcinkach okazuje się, że wszyscy kłamią.

Ale ten przekaz niósł ze sobą „Dr. House”. Pamiętacie jak sławny lekarz powtarzał go przynajmniej z 10 razy w ciągu odcinka? Prawda, wszyscy kłamią. Ale żeby robić o tym kolejny serial? No niezbyt. Nitflix tutaj w ogóle się nie popisał. Realizacja nie do końca jest zła, jednak bardzo, a to bardzo nieprzemyślana. To co zatrzymuje nas przy serialu w pierwszych odcinkach, nie sprawia, że chcemy go oglądać dalej. Wątki łączą się, krzyżują i dzielą w bardzo dziwny sposób. A rozwiązanie, wcale nie jest logiczne.

Okazuje się, że Anna jest matką biologiczną Lisy. Ta uknuła całą intrygę tylko po to, żeby… No właśnie. Zbliżyć się do córki? Nie, to by było zbyt logiczne. Popsuć jej małżeństwo? Nie do końca to wynika z ostatniego odcinka. By oduczyć jej męża kłamać? Też nie do końca, bo sama robi to wręcz patologicznie. Małżeństwo przyjaciół Seana przeżywa tragedie. Były kochanek chce zabić dziewczynę, więc Ci.. zabijają jego. A para gejów? Tego już nie pamiętam, bo tam oprócz oparów po grzybkach halucynogennych i gejowskich trójkątach, nic nie zostało wartego uwagi. Z fabuły nie wynika żaden mądry morał, ani morał w ogóle.

Netflix jednak bardzo się pobawił formą przy tej produkcji.

Nie obyło się bez zwariowanego kręcenia i montażu – postacie czasami pokazywane są raz z tej strony, raz z drugiej, potem z góry. Nie da się tego nie zauważyć bo kamera wręcz miga nam na nich, jak światła na wiejskiej dyskotece. Podkreślono również zbliżeniami cudownie szczupłe i wyolejowane nogi Renee. Gra aktorska nie jest nawet najgorsza, biorąc pod uwagę, że większość postaci nie ma żadnego konkretnego charakteru, więc nie było co grać. Sama Zellwegger musiała mieć niezła zagwostkę, albo bekę, bo wiele tekstów, które wypowiada nie ma później żadnego sensu. „Nic nie dzieje się bez przyczyny” czy „Cel uświęca środki” nie ma w konsensusie nic do serialu.

Podsumowując, Netflix stworzył bardzo miałki serial. Bez charakteru, morału i wspomnianego celu. Niby trochę trzyma w napięciu, trochę intryguje (na początku), a potem wszystko się po mału rozjeżdża. Przestajemy być zafascynowani postacią Anny, bo ta nas zaczyna żenować. Wysoki poziom manipulowania sytuacją się kończy, a zaczyna się nielogiczny splot zdarzeń i słów. Nogi Renee przestają świecić, a na jej twarzy pojawiają się pierwsze zmarszczki. Krew dzieci z Tanzanii przestaje działać. Nie wiem czym serial chciał być, ale coś mi się kojarzy z „Nagim instynktem” albo „Wielkimi kłamstewkami”. No, ale przykro mi, bardzo to w takim razie nie wyszło.

Ocena: Nope, nie oglądajcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *