film,  recenzja

[X-MEN:DARK PHEONIX] spaliła wszystkie mosty

Wydawać by się mogło, że „X-Meni” to coś, czego nie da się już bardziej zepsuć. Po najnudniejszym filmie „Logan” jestem w stanie przyjąć wszystko, co miałoby jakikolwiek większy sens. Postacie z Uniwersum są kultowe w każdym cały, a ich rozwój mogliśmy obserwować we wszystkich poprzednich filmach. Dlatego gdy ogłoszono, że następną częścią z serii powrotów do przeszłość będzie „Dark Phoenix” o postaci Jean Grey, moje serce podskoczyło. Niestety dokładnie tak jak kolegom po fachu, po seansie odskoczyło szybko na miejsce.

Odkąd „X-Meni” trafili w ręce Disneya i Marvela spodziewamy się w ich gronie niezłej rewolucji.

Nie tylko fuzji – pomiędzy MCU a Uniwersum X-Men – a także rewolucji realizacyjnej. W końcu historia ma trafić pod pióro wykwalifikowanych specjalistów od kina superbohaterskiego, a nie jakiś dziwnych ludzi. Takim właśnie człowiekiem jest Simon Kindberg – scenarzysta i reżyser tej części i scenarzysta dwóch poprzednich. Jest także odpowiedzialny za ostatnią „Fantastyczną czwórkę”. Nie dziw więc, że po „X-Men:Pierwsza klasa” z mutantami przestały się dziać dobre rzeczy. Ale chwila – to był ostatni film zrealizowany przez Foxa, więc było wiadomo, że przełomu tu nie zobaczymy.

“X-Men 2” (2003)

Wszyscy dobrze pamiętają pierwszą trylogie „X-Men”. Kultowe postaci Wolverina, Cyklopa, Storm czy Jean. Historia tej ostatniej najbardziej wszystkich fascynowała. W pierwszych filmach, jest jednym z telepatów, jednak ma większość mocy stłumionych. Doktor X musiał zamknąć je w klatce mózgowej (czy jakoś tak), żeby mogła normalnie funkcjonować. Te, gdy wydostały się z zamknięcia, sprawiły, że Jean musiała na końcu popełnić samobójstwo. Dla mnie te części są już kultowe i nikt mi nie wmówi, że są słabe. Jednak nowa era dla „X-Menów” nastała wraz z „Pierwszą klasą”, która miała za zadanie przybliżyć nam genezę mutantów. Mieliśmy poznać dokładnie historie przyjaźni Xaviera z Magneto, przeszłość Magneto i tak dalej. Każda z części – czy „Apocalypse” czy „Przeszłość, która nadejdzie” pogłębiała nam coraz bardziej fabułę, którą już dobrze znamy. Teraz czas przyszedł na najbardziej fascynującą postać – Jean Grey. Gdy straciła rodziców w nieszczęśliwym wypadku, została zaadaptowana przez Charles’a. Po latach nauki korzystania ze swoich mocy, dołącza do grona X-Menów. W latach 90, jest to elitarna grupa superbohaterów. Bo nadeszły te czasy, w których nie trzeba się już ukrywać. Społeczeństwo akceptuje i lubi mutantów. W końcu to oni ratują ich w razie zagrożenia. Do takowego dochodzi podczas jednej z wypraw kosmicznych. Paru astronautów utknęło na orbicie około ziemskiej. X-Meni pędzą na ratunek. Parę ciekawych sekwencji poprzedza wejście do akcji Jean. Ta łatając statek wchłania tajemniczą, kosmiczną moc. Najpierw wszyscy myślą, że ginie, po czym okazuje się, że dziewczyna nabrała tylko dodatkowej energii. Jednak nie jest w stanie kontrolować swojej nowej mocy, A na domiar złego – tajemniczy przybysze z kosmosu szukają tej energii, więc tropią Grey. Generalizując: zaczyna się klops.

Po obejrzeniu zastanawiałam się nad tym jak mam traktować ten film.

Czy jako oddzielny byt czy może cześć większej całości – Uniwersum? Jeśli oddzielnie to film fabularnie nie był najgorszy. Ale jako XU – twórcom wszystko się pojebało. I nie, nie mogłam użyć innego słowa, bo totalnie nie ma na to lepszego czy bardziej kulturalnego określenia. To co zadziało się fabularnie, kupy się nie trzyma!

Zacznijmy od tego, że zabija się pewne postacie. Postacie, które dla X-Menów mają kluczowe znaczenie. Ale już dobra, jebać to. Spłyca się postacie! Ich historie, charakter, niekiedy wypracowywany przez parę filmów, zostaje zepchnięty do roli pionka. Nikt mi nie powie, że Magneto miał w tym filmie duży wkład i swój charakter. Najpierw chciał zabić dziewczynę, a potem ją chronić. To jak w końcu? Z głównych postaci zrobiono nic nie myślące kukiełki. O tym świadczą w szczególności ich dialogi – proste, bez wyrazu. Twórcy nawet nie pokusili się o żaden żarcik, przez co wydaje się, że film ma włożonego naprawdę długiego kija w dupie. I w kółko ta Jean, jej problem, jej wielka moc, bo zaraz wybuchnie i krzyknie CICHO i cała Ziemia umrze. Fakt był taki, że ktoś umarł, ktoś się poobijał, ale to by było na tyle. O co tyle szumu?

Do tego wszystkiego jeszcze Ci wrogowie. Skąd są Ci kosmici, czego na prawdę chcą, jak ich zabić? Czemu zamienili się w jakąś Panią ze wsi? Nikt tego nie wie, bo ich rola jest tutaj też zbyteczna. Postać grana przez Jessice Chastin jest jak robot. Jest, chodzi, wymyśla, coś mówi. Wchodzi do domu, w okół którego jest pełno policjantów i zabija człowieka. Bezkarnie. Te sceny żadnej logiki się nie trzymają. A twórcy zapomnieli wyjaśnić ich roli głównej, dlatego odbiorca traktuje ich po macoszemu. No nawet nie pokazali ich prawdziwych twarzy!

Jedyne co można powiedzieć dobrego to sama Sophie Turner.

Postać była wyrazista, nie jednoznaczna. Dokładnie taka jaką stworzyła ją Famke Janssen w pierwszej trylogii. Bardzo dobra rola Sansy, muzyka Zimmermana czy efekty specjalne, niestety nie były w stanie unieść całej produkcji. Problem leżał w wykonaniu, przy którym zlekceważono sposób odbioru całego filmu. Mam wrażenie, że tak jakby ktoś napisał to wszystko na kolanie, dał do zrobienia i potem olał to, jak ktoś inny na to zareaguje. Powiedział: chuj mnie to obchodzi. Więc ja mówię Wam to samo.

W tym momencie mam żal do twórców. Bo historia o takim potencjale produkcyjnym, nie może być tak zlewana ciepłym moczem. Czy moja recenzja pomoże tym 15 tysiącom osób, które pracowały nad tym filmem w pocie czoła? Nie. Ale na pewno by pomogło, gdyby ktoś siadł i pomyślał. Trzymał się jakichkolwiek zbudowanych dawno temu fundamentów, co sprawiłoby, że ja ze spokojem mogłabym przyjąć ten film i go polubić. Nawet bez muzyki Zimmermana, bez jakiś powalających efektów specjalnych czy wrogów niczym z Avengersów. Ale przynajmniej, żeby trzymało to się kupy! Co z mi z tego, że ktoś pogodził Magneto z Xavierem, zabił kogoś i rozwalił pół Uniwersum na malutkie kawałeczki? Co mamy teraz zrobić z tymi kawałeczkami? Sklejać? Chyba już się nie da, bo zakończenie filmu pali wszystkie mosty za sobą. A odbudowanie ich będzie dużo kosztowało Disneya. Życzę powodzenia.

Ocena: fani – darujcie sobie. Laicy – możecie iść.

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *