recenzja,  serial

[STRANGER THINGS 3] Do trzech razy sztuka

Niespełna trzy lata temu dostaliśmy prawdziwą petardę od Netflixa – serial Stranger Things. Ciekawa historia połączona z niesamowita scenografią, rola granymi przez nieznanych wówczas aktorów oraz miliony wydane na promocje. To musiało stać się hitem! Świat niemalże zachwycił się latami 80 XX w, tak, że powróciły praktycznie w każdym tego słowa znaczeniu. No może nie wróciliśmy do używania diskmanów, krótkofalówek i telefonów na kablu, ale totalnie zachłysnęliśmy się stylem retro. Przy okazji zafascynowała nas przedstawiona historia, wyjątkowa w każdym calu i pięknie prowadzona. I wszystko było fajnie, jest fajnie, ale czy warto było to powtarzać ten trzeci raz?

Wszystko zaczęło się od grupki dzieciaków.

Historię Hawkins chyba wszyscy znają, ale gwoli ścisłości – przypomnę. W pierwszym sezonie poznajemy grupkę dzieciaków – Will, Mike, Lukas oraz Dustin – lubią grać w D&D. Jednak pewnego dnia Will gubi się chłopakom. W jego poszukiwania angażują się nie tylko wierni przyjaciele, ale także matka i komendant policji Hopper, nastolatki – Nancy, Steve oraz Jonathan. Odkrywają, że Will znalazł się w równoległym świecie władanym przez potwora – łupieżcę umysłów. Stamtąd muszą go wyciągnąć. Przy okazji na swojej drodze poznają Nastkę – dziewczynkę z supermocami. To ona pomaga im zabrać chłopca z tajemniczego świata. Natomiast w drugim sezonie – potwór próbuje zawładnąć umysłem Willa i innych mieszkańców by przejąć kontrole nad światem. Zostaje finalnie pokonany i zamknięty przez Nastkę w mrocznej otchłani. Wydawać by się mogło, że raz na zawsze.

Tak też przechodzimy do trzeciego sezonu – w piękne, cudowne lato. Spotykamy dzieciaki w momencie prawdziwej sielanki. Mike jest chłopakiem Nastki, Lucas chłopakiem Max (dziewczyna wprowadzona w drugim sezonie), Dustin wraca z obozu technologicznego, Steve pracuje w lodziarni, a Nancy w lokalnej gazecie. Wszystko wydaje się być ok, ale łupieżca powraca i teraz ma w planach zniszczenie raz na zawsze Hawkins wraz z Nastką. Do tego wszystkiego mamy jeszcze przebiegłych Rosjan, którzy stworzyli sobie laboratorium pod centrum handlowym w Hawkins i chcą otworzyć wrota do świata łupieżcy. Tak, dokładnie te same, które Nastka zamyka w drugim sezonie. W taki też sposób, wracamy do punktu wyjścia.

Pierwsze co mnie tak mocno uderzyło to fabularna powtórka.

Fajny był ten motyw potwora, ale w pierwszym sezonie! Miałam wrażenie, że w drugim bohaterowie raz na zawsze zamknęli go w swojej jamie. Miał nie wracać, a ten przedostaje się nagle na powierzchnie i zabija. W serialu na przestrzeni niespełna dwóch sezonów stworzono wiele dróg do rozwinięcia fabuły, nie tylko tej z potworem. Na przykład Nastka – jej wątek jest dla mnie nadal za mało rozwinięty. Potencjał jaki kryje w sobie ta postać jest naprawdę wielki, a twórcy w tym sezonie totalnie o tym zapomnieli. Ale nie zapomnieli o dodaniu strasznie dziwnych wątków miłosnych, feministycznych nawiązań i wątku gejowskiego. Wszystko brzmiało dokładnie tak samo jak serial z kafelka obok. Wybierzcie sami który.

Nie da się ukryć, że jest to sezon typowo marketingowy. Stworzono go wyłącznie po to, by nabić cyferki na koncie produkcji. Zauważcie w jak niewielu miejscach był kręcony – dom Mike’a, centrum handlowe, podziemia centrum (dwie scenografie) i parę lokalizacji na jedną scenę. Albo ile aktorów w nim grało – oprócz głównych i tych drugoplanowych, może były z 3 postacie poboczne, reszta (czyli Ruscy) to przecież statyści. Do tego jeszcze mamy kupę scen, które robiły za totalne zapychacze i nie nawiązywały do niczego. Na przykład: scena z rozerwaną noga czy ta ze śpiewaniem piosenki przez walkie-talkie. Nie wniosły one do mojego życia ani fabuły nic ciekawego, jedynie mogły ją ozdobić. Wszystko to świadczy o bardzo promocyjnym charakterze sezonu, co przekłada się znacznie na jego jakość. Nie musiał być dobry, a jedynie zrobić w okół siebie szum. Co mu się całkiem udało.

Ale dzisiaj obejrzałam sobie jeszcze film koleżanki z Jakby nie patrzeć, która już chyba nagrała 3 takie filmy, w których praktycznie pisze poematy miłosne na temat tego jak cudowny był to sezon. Powiem szczerze: prawie jej uwierzyłam. Nie przyznam jej racji w tym, że logika tutaj nie ma znaczenia. We wszystkim ma (oprócz Midsommar: w biały dzień, to jest film w którym logika nie istnieje i nie musi), bo chcemy obejrzeć dzieło kompletne, a nie tylko połowiczne! Chcemy poznać historię, która me ręce i nogi, a jednocześnie jest przedstawiona za pomocą tego pięknego obrazu z idealnego lata 1985 roku w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Tego trzeciemu ani żadnemu sezonowi nie mogę odebrać – scenografię ma idealną. Zauważyłam, że z biegnącymi latami twórcy zwracają coraz większa uwagę na bycie patchworkiem popkulturowym z tamtych czasów, niż na dopracowaniu fabuły. Wszystkie elementy – ścieżka dźwiękowa, pokazane filmy z kina, wygląd każdego z bohaterów, nawiązania polityczne i tak dalej – są na prawdę świetne. Za to daję piątkę z plusem. Ale bardzo naciągane 3 z wielkim minusem daje za fabułę – która w wyniku dziwnego protekcjonalizmu scenograficznego bardzo ucierpiała.

Dla braci Duffer pięć minut minęło.

A szkoda! Tylko oni potrafili tak pięknie pokazać dzisiejszym nastolatkom magię lat 80 XX w., w której ja jestem totalnie zakochana. Jednak nie tylko scenografią serial i człowiek żyje, a oczekuje od obu czegoś więcej. Bo potencjał produkcji – w całości – jest ogromny. Mam nadzieję, że to kolegów obudzi i czwarty sezon powstanie niczym Feniks z popiołów. A ten zobaczymy już za rok.

Ocena: wróćcie do niego za rok.

Źródło zdjęć: antyradio.pl, hdtvpolska.pl, radiox.co.uk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *