recenzja,  serial

[EUFORIA] Słodko-gorzki eliksir dorastania

Temat tak samo poruszający, co już nudny. Nastolatki i ich uzależnienia – do social mediów, narkotyków, alkoholu i seksu. O przekraczaniu własnych granic. O samoakceptacji, o nienawiści, miłości i w końcu, o wszystkich bolączkach dorastania. HBO i twórcy serialu „Euforia” jednak popłynęli, dając nam pełny, a nie tylko zdawkowy obraz w jakim świecie żyje dzisiejsza młodzież, a nawet receptę na to, jak się z tym wszystkim uporać. I wcale nie wyszło nudno.

Tak, mam 26 lat, a okres dorastania i samoakceptacji już dawno za sobą.

Liceum? To było chyba jakieś 8 lat temu? Nie powiem że było łatwo. Fakt, nie żyłam w typowym amerykańskim high school ani nie musiałam walczyć z potęgą Instagrama, którego wtedy jeszcze nie było, ale mieliśmy swoje problemy. Swoje dziwne odpały, lejące się z kranu tanie wino, bolesne lądowania w błocie i filozoficzne przemyślenia o 6 nad ranem. Wtedy na wszystko miało się siłę, przede wszystkim na przekraczanie własnych granic. I przyznaje, że cudownie się to robiło w wieku 16 lat, tylko po to by poznać siebie i własne „ja”. Bo nie wiem czy wiecie, ale to tylko w taki sposób jesteśmy w stanie napisać swoją definicje. Bohaterowie serialu „Euforia” to grupa nastolatków, ale żyjąca w 2019 roku. Czasach dominacji Instagrama, Tumblra, Facebooka, Snapchata i wszystkich tych mediów, które kreują w naszej głowie ideały. A jak dobrze wiemy ideały źle współgrają z głową nastolatka, który chce znaleźć swoje, wyjątkowe ja. Więc szuka – modelki z Instagrama czy gwiazdora rocka, podpatrując ich życie, stara się ich naśladować. Rodzi to miliony dysfunkcji, spaczeń, złych nawyków i dużo złych wyborów. Ale tego nie muszę wam tłumaczyć, bo przez tyle lat nasłuchaliśmy się tych historii miliony. Ci nastolatkowie w serialu „Euforia” muszą sobie radzić przede wszystkim z nieokreślonym własnym ja i wszystkimi traumami, których jeszcze nie zdążyli przepracować. A przy okazji – narkotykami, alkoholem, seksem i na samym końcu – Instagramem.

W pierwszych tygodniach po premierze serialu przeczytałam na wszystkich stronach – kontrowersyjny. Dlatego na dłuższą chwilę odłożyłam go na bok. Niech się skończy, zobaczymy co powiedzą później. A gdy dotarliśmy do ostatniego odcinka przeczytałam gdzieś „serial sezonu” i postanowiłam odpalić. Historia Rue i jej kolegów ze szkoły totalnie mnie wciągnęła. Uwielbiam motyw liceum i te wszystkie nastoletnie dramy. Ma to swoją magię, ale nie do końca w tym serialu jest cukierkowe jak zawsze. W sposób nad wyraz realistyczny ukazano tutaj wszystkie bolączki współczesnych, amerykańskich nastolatków. Nie ma w nim miejsca na jakieś niedomówienia czy domyślanie się. Serial został napisany na podstawie rumuńskiego odpowiednika o tym samym tytule wraz z elementami biograficznymi scenarzysty Sama Levinsona. Zmagał się on latami z uzależnieniem od narkotyków, na czym oparł historię i przeżycia Rue. Nie szczędzi on słów, nie szczędzi scen pełnych kontrowersji, przemocy, nagości i… samego życia.

Ukazując tak skomplikowaną, składająca się z wielu elementów historię, twórcy postanowili pobawić się formą.

Serial jest ideałem pod względem technicznym. Z wielką wyobraźnią zabawiono się kadrami, montażem i światłem. Przy każdej możliwej okazji wpleciono zaskakujący kolor, blask i odwracano kadr. Wraz z idealnie dobranymi kostiumami rodem z amerykańskich przedmieść, rowerami, make-upem tworzy to obraz pełen sprzeczności, co sprawia ze jest właśnie taki wyjątkowy. Niekiedy mam wrażenie, że z odcinka na odcinka serial dorasta, z poczwarki, na samym końcu stając się motylem. Nie jest zbyt przesiąkniętym artyzmem, pretensjonalnym dziełem zbyt ambitnych twórców. Nie pokazuje nam, że narkotykowy haj to widywanie słoni (chociaż raz Rue chodzi po suficie) a bolesne coś. Najbardziej jednak zaskoczyła mnie dobrana do każdej sceny muzyka. Mój Shazam czasami nie nadążał ze sprawdzaniem kolejnych kawałków. Wykorzystano świetne utwory muzyki popularnej: hip hopu, r’n’b, soul czy rapu. Przez co, dla mnie, film dotykał każdego ze zmysłów. Ale to dzięki obecności w produkcji Drake’a, który stał się nowym Kendrickiem Lemarem muzyki filmowej.

Oczywiście postaci pierwszoplanowych jest tam przynajmniej z 5. Rue (Zendaya) jest naszą główną bohaterką oraz narratorem, ale każdy z jej znajomych jest tak samo ważny jak i ona. Każdy jest inny i każdy przeżywa przemianę na ekranie i czegoś się uczy na podstawie zaistniałych okoliczności. Są to z pewnością postacie wielowymiarowe, ukazane w bardzo dokładny sposób, co sprawia, że po czasie zaczynamy komuś z nich kibicować. Ja oczywiście uwielbiam bolączki poznawcze Rue – która zmaga się ze swoim nałogiem narkotykowym jak i inną, nieokreśloną orientacją. Jej problemy depresyjno-kompulsywne idealnie odzwierciedlają przemyślenia dzisiejszych (jak i tych sprzed wieków) nastolatek, które chcąc być inne niż wszystkie, stają się takie same. Do tego – postać potrafi dokonać już na tym etapie autokorekty i skrytykować swoje wcześniejsze postępowanie. Bardzo mi się podobała scena z „depresyjnego tygodnia” w którym Rue nie może wstać siku. Tłumaczy sobie wszystkie medyczne następstwa tej decyzji, ale i tak nie wstaje. To depresja. To nas dotyczy. Na pewno każdy z nas miał taki moment, w którym nie chciał wstać i wykonać nawet najprostszej rzeczy. Kreacja postaci Rue z pewnością nie była łatwa dla Zendayi, która, powiedzmy sobie szczerze, jest bardzo młodą i mało doświadczoną aktorką. Jednak muszę przyznać, że wyszła jej świetnie. W szczególności całe to tajemnicze attituted, emocje, mimika twarzy, są godne Globa. Zainteresowała mnie też historia Jules – transseksualnej nastolatki. Niestety została tutaj potraktowała trochę zdawkowo, w kontekście jej „osobowości płciowej”. Albo może mało uważnie oglądałam ten odcinek. Nie doznałam też przez ten cały czas uczucia, że ona dokonała jakiejś trans przemiany, ani żeby była bardzo wytykana przez to palcami. Bardziej bolały mnie jej wybory seksualne – które są tutaj kontrowersyjne. Poruszono przy tym temat dziecięcej pornografii w sposób, w jaki nigdy tego nie zrobiono. Ale tak się dzieje. Codziennie ktoś wysyła komuś dickpick, który jest odrażający, porażających i obleśny. Jeśli nie wiedzieliście tego, nie straciliście wiele w życiu. Nie da się ukryć, że Hunter Schafer dobrze poszło wcielenie się … w samą siebie. Swój unikamy sposób ubierania się i malowania podarowała postaci Jules, jak i parę cech charakteru, marzeń czy planów. Estetycznie było to świetnym ruchem. Jednak momentami wyczuwało się jej brak doświadczenia. Ale jak na pierwszy występ w większym aktorskim przedsięwzięciu, jestem pod wrażeniem.

Serial nie jest objawieniem, nie wiadomo jakim tworem kulturowym, na którym oprze się edukacja seksualna dzisiejszych nastolatek. Ale na pewno mieszaniną uczuć i emocji, które towarzyszyły nam wszystkim w tym okresie. Ktoś czuł się jak Rue, ktoś jak Kate, a ktoś jak Jules. I dokładnie w tym stylu twórcy pobawili się ze stylem i formą serialu, tworząc eliksir dzisiejszego dorastania. W nim jest wszystko – miłość, narkotyki, Instagram, seks, za dużo emocji, za dużo przemocy, kutasy, cycki, cipki, dziwki, szkoła, znajomi, przyjaciele i to wszystko, z czym się stykamy, gdy kończymy 16 lat, a z czym musimy dać sobie rade. Nie wiemy jeszcze jak to zrobić poprawnie, więc każdemu wychodzi to różnie. HBO wyszedł to obraz prawdziwy, dlatego, może dla wielu porażający. Jednak na końcu – dający nadzieję. Ale drodzy, tak wygląda samo życie.

Ocena: obejrzyjcie, bo warto!

Źródło zdjeć: vanityfair.com, zpop.pl, data.whicdn.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *