recenzja,  serial

[1983] problemy

Wszyscy zdajemy sobie sprawę jak okrutna była dla nas, Polaków, historia. Rozbiory, 20 lecie międzywojenne, II Wojna Światowa, czy późniejszy komunizm to okresy ciągłych walk. Walk o niepodległość. I nikt nie odbierze nam tego. Wiele jednak mówi się o tym jak bardzo pokutującym i cierpiącym narodem jesteśmy. Jak bardzo lubimy podkreślać naszą polskość poprzez wspomnienia przodków, którzy wywali za nią krew. Wielu może się pokusić o stwierdzenie, ze uwielbiamy robić z siebie ofiary. To jak bardzo skrzywdzili nas Niemcy, Rosjanie czy Tatarzy. Jak okropnie traktował nas wujek Stalin. Pokazywać cały czas swój ból związany z utratą tych, którzy polegli w walce o naszą wolność. Mimo, że mamy rok 2018, to ta walka przybrała inną postać i nie tylko na arenie politycznej, ale też serialowej. A jej ofiarą stał się długo wyczekiwany, pierwszy polskojęzyczny serial “1983” Netflixa.

Recenzje w Polsce są słabe, a w USA świetne. Może spodziewaliśmy się czegoś na poziomie „światowym” nie do końca wiedząc co to oznacza?

O tym, że Netflix produkuje Polski serial wiedzieliśmy już w w połowie 2017 roku. Wiedzieliśmy też, że będzie to scenariusz oryginalny, produkcji giganta, reżyserii innych gigantów Polskiego kina, z podobnymi gigantami w obsadzie. Miało być na bogato. Netflix w końcu ma takie budżety, że może sobie pozwolić na wszystko. Budżety, fakt, były gigantyczne, a produkcja od początku wydawała się być profesjonalna. Ale coś nie zagrało. Chcieliśmy serialu „wyznacznika drogi”, który pokaże jak się powinno to robić innym producentom lokalnym? Chcieliśmy kolejnego “zbawcy narodu”, a zapomnieliśmy, ze Piłsudski dawno nie żyje, a Wałęsa się grubo postarzał. Zresztą, to miał być tylko serial.

Od momentu premiery, 30 listopada, czytam o tym jak wyszło słabo. O tym, że żadnych Orłów nie będzie ani Telekamer TeleTygodnia (tak wiem, że to telewizyjne nagrody). Włączyłam i okazało się, że serial ma sporo problemów. A największym z nich jest fabuła. “1983” jest typowym political fiction – opowiada alternatywną historie Polski. 12 marca 1983 roku pięć polskich miast zostało zaatakowanych przez terrorystów. W rzeczonych zamachach zginęło wiele tysięcy osób, co stało się narodową tragedią. Naród został uratowany przez Partię (i Związek Radzicki), która od tamtej pory pozostaje przy władzy. Akcja serialu toczy się głównie w 2003 roku, czyli 20 lat po katastrofie. Polska jest krajem typowo komunistycznym, istnieje jeszcze Związek Radziecki, ktory kontroluje blok wschodni, jednak stosunki pomiędzy Wschodem a Zachodem są gospodarczo luźniejsze, a politycznie bardzo napięte. Głównymi bohaterami są inspektor milicji Anatol Janow (Więckiewicz) oraz student prawa i potomek poległych z 1983 roku Kajetan Skowron (Musiał). Próbują oni rozwiązać pewne zagadki, które nie tylko mogą obnażyć Partie (która jest tutaj prawie Bogiem) i wszystkie powiązania w niej istniejące, jak i kulisy sławnych zamachów. A to ostatnie to już mój domysł i na tym polega problem. Bo fabuła jest bardzo, a to bardzo zawiła. Bym nawet się uparła, że niemożliwa do rozwikłania. Wiele osób może się poważnie w niej zgubić, a co gorsza nie zrozumieć – przez co wyłączy serial w drugim odcinku. Czemu? Twórcy zamiast skupić się na dwóch historiach, które finalnie się gdzieś tam ze sobą łączą, dodali do nich jeszcze jakieś 20 wątków. Rodziców studenta, jakąś tam rodzinę, historie komendantki, spotkania na szczycie. W każdym z odcinków jest taka scena, która jest wyjęta dokładnie i dosłownie – z dupy. I nie wiesz po co ona tam jest. Tak jak niektóre postacie. Pojawiają się i znikają w gąszczu miliona różnych wątków.

Wyszło mrocznie, przerażająco i bardzo, a to bardzo Matrixowo. Jednak odrobinę za ciemno.

Poza fabułą, serial zrealizowano dobrze. Jestem pod wrażeniem scenografii czy zdjęć. Takich rzeczy na Polskiej ziemi jeszcze nie było. Ewidentnie w niektórych scenach ekspozycja nie istnieje, a ja muszę się zastanawiać w jakim miejscu jestem. A znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości, kraju, mieście. Niby to Warszawa, ale nie Warszawa. Nie ma już Mokotowa, jest Dystrykt Południowy. Jest dużo smaczków, które wyszły fajnie jak np. – pokazanie mapy linii metra w Warszawie. Gra aktorska też nie jest zła. W końcu obsadzono większość śmietanki Polskich aktorów. Więckiewicz wypada świetnie jako taki polski Daredevil (bez super mocy oczywiście, ale myślę, że mało brakowało). Musiał – dobrze jako młody gniewny. Niestety, co pewnie wyszło przy montażu i innych rzeczach – czuje dużą inspiracje zachodnimi produkcjami seriali Marvela, którymi Netflix lubi się zajmować. Ale najwięcej inspiracji – w zdjęciach, sposobie montażu i ukazaniu dosyć utopijnej wizji – widzę we wspomnianym wcześniej Matrixie. Klimat jest bardzo, a to bardzo podobny. Wystarczy by Więckiewicz założył te charakterystyczne okulary i mamy to.

Tytułowe 1983 problemy to w połowie problemy fabularne. To, że dla widza, jakiegokolwiek pokroju, jest to skomplikowane. Nie jestem w stanie Wam opowiedzieć dokładnie jak to wszystko po kolei przebiega, bo zgubiłam się gdzieś w 4 odcinku. A druga połowa problemów leży w scenariuszu, który – napisany jest bardzo po amerykańsku, co czuć na każdym kroku, nawet w sposobie wysławiania się postaci. Dlatego jest dużo zarzutów o “drewniane” zagrania. Chcąc stworzyć pierwowzór dla potomnych – jak robić dobre polskie seriale – ktoś zapomniał o tzw. dostosowaniu tego do realiów lokalnych. Do rynku, człowieka, który będzie to za chwile oglądał i interpretował, czy do czasów.  Można by tutaj się pokusić o teorie, że serial zamiast podbić Polskie zbolałe serca, miał za zadanie podbić te amerykańskie. Oczywiście nie jest on wart tej całej nagonki, ale też nie jest wart wszystkich pochwał. I gdy twórcy spuszczą z tonu na chwilę, w końcu im w tym “amerykańskim stylu” wyjdzie, obiecuje.

Ocena: warto, ale do drugiego odcinka i ze dwa ostatnie. Wszystko zrozumiecie.

Źródło zdjęć: antyradio.pl, filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *