film,  recenzja

[7 UCZUĆ] Siedem składników miłości

Swoją niedzielę zaczynam kawą, a kończę filmem, który rozpoczął się pewnym cytatem. I nie chodzi o ten cytat, który teraz wszyscy wspominają w recenzjach, o 5 tysiącach dni i 400 godzinach, tylko ten o siedmiu uczuciach. Że Witold Osiatyński żałuje, że w dzieciństwie nie nauczyli go korzystać, odczuwać i radzić sobie z siedmioma podstawowymi uczuciami. I dopiero wtedy, gdy docieram do końca filmu, chwyta mnie to za serce. Bo nie wiem czy Was nauczono, jak z nich korzystać? Jak je wyrażać? Bo na pewno nikt nie pokazał tego Adasiowi Miauczyńskiemu, a szkoda.

Marek Koterski nakręcił w swojej karierze wiele dobrych filmów, m.in kultowy już “Dzień świra” czy “Wszyscy jesteśmy Chrystusami”.

Ten drugi był mocniejszy od tego pierwszego, ale większość z nich ma w sobie cechę wspólną: postać Adama Miauczyńskiego. Zawsze granego przez innego aktora, będącego w innym momencie swojego życia i z innymi przemyśleniami. Filmy nie łączą nam się w logiczną całość, więc polecam nie próbować ich jakkolwiek ze sobą spajać. W tym roku, po wielu latach Koterski nakręcił kolejny film o niesfornym Adasiu.

W nowym obrazie – “7 uczuć” – poznajemy historie Adasia Miauczyńskiego z jego, prawie, najmłodszych lat. Historie, w której mamy troskliwą mamę, denerwującego starszego brata oraz agresywnego ojca i szkołę, w której Adaś przeżywa swoje pierwsze wzloty i upadki. Głównym zabiegiem, którego dokonał Koterski było osadzenie w rolach wszystkich dzieci – dorosłych. I w taki sposób 10 letnich kolegów brata Maiuczyńskiego gra m.in. Cezary Pazura, a miłość Adasia – Gosie – Katarzyna Figura. Zabieg ten wyszedł śmiesznie i karykaturalnie, sprowadzając tym samym role rodziców do tego samego poziomu, na którym są dzieci, co udało się Koterskiemu. Oprócz poziomu postaci – nie ważny jest w tym filmie czas, miejsce, najważniejsze stają się uczucia między bohaterami i to jak oni na siebie wpływają. 

Pierwsze sceny filmu to istne pocztówki z dzieciństwa Adasia Miauczyńskiego.

Cudna scenografia i bardzo dobrze dobrane kostiumy zostały owinięte w przedziwne dialogi. Miałam momenty, w których czułam się tak, jakby oglądała teatr telewizji na TVP. Możliwe, że to wszystko przez wprowadzenia narratora, który chodzi za bohaterami krok w krok, nie dając im pola do popisu. Ale z drugiej strony mamy też dziwny język – który miał wyjść naturalnie, a wyszedł tak trochę przerysowanie. Dialogi pełne błędów – stylistycznych i gramatycznych – sprawiają, że tym bardziej czuje się jakbym siedziała przed deskami teatru, bo wszystko wydaje mi się wyjęte z jakiegokolwiek realizmu i staje się abstrakcją. Scenarzysta zastosował też masę monologów – o życiu, śmierci i teorii względności, które jeszcze bardziej podbijają moje wrażenie. I się wtedy zaczęłam zastanawiać, czy faktycznie warto było oddawać tę historie na wieki ekran?

Z jednej strony było warto. Koterski umie po prostu robić dobre filmy, które potrafią uwodzić. Jest jak taka czarownica, która w kotle umie wymieszać dobry wywar na miłość. Najpierw leje wodę i daje do niej Adasia, czyli historie, którą lubimy i do której jesteśmy w jakiś sposób przywiązani. Potem dodaje do tego bardzo wykwalifikowaną ekipę aktorską. Nawet Karolaka, który tutaj – mimo, że się prawie nie odzywał – udowodnił całej Polsce, że potrafi grać. Na prawdę GRAĆ. Następnie sypie troszkę kontrastem – młodszych aktorów robi rodzicami, starszych dziećmi. Dodaje do tego szczyptę swojego dobrego humoru – scenę, w której ojciec jednego z dzieci goli się w przezabawny sposób mieczem. A na koniec – dosypuje kawał inteligencji. Obudowuje fabułę cytatami, monologami i mądrymi przemyśleniami. Chwyta nas za serce w tym najbardziej czułym punkcie – we wspomnieniach naszego dzieciństwa. Oczywiście nie jest to doskonały przepis na film, bo z drugiej strony – jest on przemądrzały i przesadzony. Są w nim sceny bez których byłby on sto razy lepszy, albo i nawet mądrzejszy.

Film nie odpowiada na pytanie jak korzystać z posiadanych przez nas od zawsze siedmiu uczuć. Nie odpowiada też na pytanie jak odzyskać te wszystkie dni, które skradło nam dzieciństwo, a których nie pamiętamy. Nie dowiemy się z niego, dlaczego Adaś Miauczyński jest jaki jest, ale możemy się tego domyślić. Czy to film śmieszny, czy tragiczny, a czy może filozoficzny – na to pytanie musicie sobie odpowiedzieć sami, oglądając go. Dla każdego z nas będzie inny, ze względu na rożne typy dzieciństwa, które przeżywaliśmy.

OCENA: Warto!

Źródło zdjęć: multikino.com, filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *