recenzja,  serial

[MANIAC] Tylko wariaci są coś warci

Gdy oglądamy po raz setny wielokrotnie nagradzany obraz Tima Burtona „Alicja w Krainie Czarów” wiemy, że ekranizacja słynnej książki jest idealna. Ten świat totalnie odstaje od naszego, a postacie są wykreowane zjawiskowo. Johnny Depp jako kapelusznik wyszedł na prawdziwego, niesamowitego szaleńca. Jednak nie trudno stworzyć szalony świat z bajki – emanujący kolorami i opowiadany dziwnym językiem. Twórcy serialu „Maniac” postanowili stworzyć rzeczywistość, w której nie jest kolorowo, nie mówi się dziwnym językiem ani nie nosi się kolorowych kapeluszy, ale jest dostatecznie szaleńczo. Stworzyli świat, w którym komputer wchodzi w nasze głowy i postanawia wyleczyć nas ze wszystkich naszych wariactw. 

Nieokreślony czas, nieokreślone miasto w Stanach Zjednoczonych.

Owen, prawie 30 letni chłopak boryka się z wieloma chorobami psychicznymi. Stale nienawidzi świata, który go otacza. Bogatej, zepsutej do szpiku kości rodziny, pracy i miejsca zamieszkania. Dlatego w momencie, kiedy wysyłają go na permanentny urlop, postanawia dołączyć do wyjątkowych badań i wyleczyć swoje całe wariactwo. Annie to dziewczyna przed 30tką, która uzależniła się od pewnych pigułek. Pomagają jej wrócić do traumatycznych zdarzeń sprzed paru lat – wypadku, w którym ginie jej młodsza siostra. Annie desperacko próbuje zdobyć lek i idzie tam, gdzie go wytwarzają – do laboratorium, w którym przeprowadzają tajemnicze badania. Przypadek?

Annie i Owena łączy niesamowita więź od pierwszych chwil, w których spotykają się w tej samej scenie. Ich losy finalnie łączą się podczas badań, które przeprowadza wyjątkowa ekipa doktorska – Azjatka paląca non stop czerwone Malboro, szalony doktorek oraz jego matka w dwóch postaciach. W postaci jej samej i najczulszego, najbardziej emocjonalnego komputera na świecie GRTE. Gdy ów komputerowi umiera kochanek, ta wpada w głęboką depresję. Sama zaczyna potrzebować prawdziwej terapii.

Serial jest hybrydą każdego gatunku jaki znamy, co wyszło świetnie.

Nie jesteś w stanie przewidzieć, czy w następnym odcinku będziemy latać na dementorach czy może to teraz znajdziemy się w latach 20 XX wieku. Czasami jest melodramatem, czasami romansem, a potem czystą obyczajówką. Jest też moment, w którym jest kinem akcji jak i fantasy. Dzięki temu jest całkowicie świeży i nie nudzi. To co się dzieje na ekranie to nie wszystko, bo serialowi towarzyszy powietrze, niczym ze szpitala psychiatrycznego. Główni bohaterowie są wyjęci z prawdziwego życia, ale nigdy nie byliby naszymi przyjaciółmi. Zależy nam na nich, bo chcemy by wyzdrowieli – wyleczyli się ze wszystkich kompleksów, traum i przyzwyczajeń, ale nie specjalnie oczekujemy szczęśliwego zakończenia. Nie zmienia to faktu, że wytworzony obraz nas niezmiernie bawi – nie w sposób głośny, gdy śmiejemy się haha, ale w taki, że miło i przyjemnie nam się go ogląda.  Nieokreślony czas i miejsce sprawiają, że można było nieźle zaszaleć ze scenografią. Czasami wydaje nam się, że laboratorium jest niezwykle hi-tech, ale towarzyszy mu anturaż niczym z lat 80. Wygląda to cudownie, przez co klimat przypomina prawie do złudzenia ten z “Seksmisji”.

Kreacje postaci są na bardzo wysokim poziomie. Dobrze mi się patrzy na to, jak Emma Stone w jednej scenie gra czystą, amerykańską blacharę z dwójką dzieci, a w drugiem ponurą elficę. Zawsze zachowuje swój mroczny styl, podkrążone oczy i przeszywający wzrok szaleńca. Zmieniając postacie nie traci uroku i nie przestaje bawić. Jej historia jest najbardziej autentyczna, bo ją scenarzyści wyjaśnili do końca. Przez cały czas kibicujemy jej, trzymamy kciuki. Natomiast Jonah Hill i jego Owen to postać tragiczna, której opadają ręce na każdym przystanku. Z miną przypominającą zranionego szczeniaczka, jest ofiarą – swojej rodziny, majątku, nie dokonanych wyborów, nie spełnionych marzeń i okoliczności, które się natrafiają. W sumie nie jesteśmy w stanie zrozumieć, o co postaci chodzi – niby chciał się zabić, ale mu się nie udało, niby kogoś kocha – ale kogo? Niby kogoś obwinia, nienawidzi i coś tam czuje, ale z drugiej strony ma totalnie pusty wzrok przez cały czas. Więc – co mu jest, o co mu chodzi? Sprawia to, że Annie i Owen tworzą piękna, cudowną parę na ekranie. Świetnie się ogląda ich chemie, która jest niejednoznaczna i rozwija się wraz z przebiegiem fabuły. A nie – jest i znika, gdzieś w oparach seksualnych uniesień. Piękne jest to, że zawsze się odnajdują w totalnym amoku i wcale nie romantycznie, a całkowicie przyjacielsko.

Nie powiem Wam jak to się kończy ani jak naprawdę się zaczyna. To musicie zobaczyć sami, ale wiedzcie, że nie ma nic lepszego jak odrobina wariactwa i serialu, który jest tak szalony, że aż dobry. 

Ocena: dobry, warto!

Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *