film,  recenzja

[BOŻE CIAŁO] bo Bóg tak chciał

Już po zwiastunie tego filmu chciałam koniecznie na niego iść. Bił z niego rodzaj cynizmu katolickiego, który, jako agnostyczka bardzo lubię. Nie śmiejemy się z nim z wizerunku kościoła katolickiego, ale raczej z dogmatów, które nim rządzą. Nas to śmieszy. Jednak dla bohaterów filmu to świat, w którym żyją i świat, którego zasad muszą się trzymać. Jednak Jan Komasa i Mateusz Pacewicz (mój rówieśnik, R.U. 1992) postanowili napisać i zrobić film, który pokazuje nam coś w dobry sposób, bez zbędnego, ostatnio bardzo modnego szokowania.

„Boże Ciało” to warstwowa opowieść, która skłania nas (niezamierzenie) do wielu przemyśleń

Historia podobno została oparta na faktach, ale nikt dokładnie nie wie na jakich. Jest wyjątkowo szczera i wyjątkowo ironiczna. Nie dziw, że Instytut postanowił zgłosić go do Oskarów, w wierze, że ten się dostanie. Może jest to coś pokroju „Zimnej Wojny”, bo dla wielu tych Panów siedzących w Filmowej Gildii będzie bardzo niezrozumiałe, ale dla nas jest autentyczne. Tak właśnie wygląda Polska wieś.

Bartosz Bielenia gra Daniela – chłopaka, który odnalazł jakiś skrawek siebie siedząc w poprawczaku i pomagając tamtejszemu księdzu przygotowywać msze i różne inne zajęcia. Stał się jego wychowankiem i dlatego też wychodzi na warunkowe zwolnienie. Daniel ma marzenia: odnalazł Boga i chce mu służyć, ale przy tym wszystkim także lubi sobie nieźle poimprezować w rytmie techno. Ma załatwioną pracę, a trafia.. cóż, do pewnej jednoosobowej parafii, której proboszcz lubi sobie popić. Dzięki sztucznej koloratce udaje się mu zgrabnie przekonać społeczność do tego, że jest księdzem i przez chwilę urzędować na tej wsi. Wszystko oczywiście stało się zupełnie przypadkiem. Ta natomiast jest pochłonięta żałobą po 7 osobach, które przed rokiem zginęły w tragicznym wypadku. Daniel staje się ich katalizatorem – chce łagodzić, nauczyć ich radzić sobie z bólem, godzić. Ale nie ma tam lekko.

Film Komasy na początku zdaje się być jedynie odkupieniem głównego bohatera.

Ten dostaje szanse na spełnienie swojego marzenia i totalnie się temu poddaje. Bo ma „to coś bożego”. Rzucony na głęboką wodę, dzięki Wujkowi Google, praktycznie płynie – spowiadając, prawiąc kazania, chrzcząc dzieci. Jest kapłanem z krwi i kości, a ludzie go wręcz uwielbiają. Na jego plebannym stole widać kupę prezentów, które mu przynoszą. A ta kupka nie ma zamiaru się zmniejszyć. Jednak w bohaterze nadal wyczuwalna jest jego skrywana strona – gnidy (jak to mawiają tam) – który panoszy się w okolicy. Lubi sobie popić, popalić, podrywać dziewczyny, potańczyć i być normalnym chłopakiem. Nadal goni go przeszłość, nawet na takiej małej wsi.

Bartek Bielenia w tej roli jest niesamowity. Jego charakter zmienia się ze względu na okoliczności – jest potulnym barankiem w roli księdza, pełnym dobroci, wyrozumiałości, potrafi doradzić ale także i skrytykować. Gdy się znajduje w poprawczaku jest gangsterem, z gniewem w oczach, którego nie widziałam nigdy. Nie udaje Juda Law z „Młodego papieża”, nie próbuje także naśladować żadnego księdza z „Kleru”, jest po prostu nowy i kreuje kogoś, kogo w polskim kinie jeszcze nie było. Do tego wszystkiego świetnie wtóruje mu Aleksandra Konieczna ze skamieniałą, pełną żalu i frustracji twarzą kobiety już dawno straconej, przez śmierć syna. Nie widziałam nikogo tak dobrze oddającego ten stan rzeczy – pełen negatywnej, niczemu nie zmąconej energii. Mogłabym technicznie w tym filmie do niczego się nie przyczepić – operatorsko w wielu momentach to czysty majstersztyk. Uwielbiam te filmy, które skupiają się na bohaterze i otaczającym go anturażu, aniżeli na scenach „zapychaczach”. Ale była jedna walka na końcu, która trochę wołała o pomstę do nieba, ale może była zrobiona tak specjalnie. Ruchy kamery by zakryć wszystkie błędy charakteryzacyjne bardzo chaotycznie śledziły bohaterów. Tak chaotycznie, że widoczne były cięcia i przejścia, kadr był obracany w różne strony świata, zupełnie bez sensu. Ale to nie zbije nikogo z żadnego tropu, nie sprawi, że odbiór będzie zmącony. Nadal będzie on doskonały.

Moim zdaniem ten film nie ma za zadania pokazać nam błędów, które robią duchowni, ani żadnego obrazu polskiej wsi. Nie ma też za zadanie wypunktowywać nam tego, co nie działa w polskim systemie resocjalizacji. Pacewicz bardzo dokładnie poprzez scenariusz opowiadał o sposobie radzenia sobie z tragedią – ale społeczną. W szczególności w miejscach, w których głos ludu jest głosem przeważającym w każdej sytuacji. Opowiadał o wykluczeniu, o niesprawiedliwości – w szczególności tej zadawanej przez chrześcijaństwo i grupę osób. Mówił też nam o wszystkich rodzajach świętości – tej nabytej oraz tej przyznawanej.

Dla każdego ten film będzie o czymś innym.

A w szczególności dla tych, którzy w takim społeczeństwie się wychowali. Pewnie wtedy powiecie, że on najbardziej Was dotyka, bo ktoś skłamał na jego temat. Ale nie ma co tutaj obracać kota ogonem – „Boże ciało” nikogo nie obraża, nikomu też nie schlebia. To jest właśnie polska wieś, mały świat, który zawsze będzie się rządził swoimi prawami, a największe mądrości i przykazania będą płynąć z ambon postawionych w malutkich, jednoosobowych kościołach. One na pewno Wam powiedzą, że wszyscy kłamią, albo – że Bóg tak właśnie chciał.

Ocena: IDŹCIE!

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *