film,  recenzja

Dajmy [JUDY] tę jeszcze jedną noc

Rok 2020 musimy zacząć od dosyć trudnego tematu. Nie od dzisiaj się mówi, że Hollywood niszczy ludzi, wielkie talenty i wyjątkowe osobowości. Każdy, kto marzy o wielkiej karierze musi mieć przysłowiową „twardą dupę” oraz szereg cech, które pozwolą mu wytrwać na tafli sukcesów, sławy oraz siermiężnej, niekiedy, pracy. Wielu osobom się udało zachować twarz, stroniąc od używek. Niestety nie stało się tak ze sławetną Judy Garland – gwiazdą jednego z pierwszych musicali „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Ona niestety sięgnęła dna, co pięknie pokazała w biografii „Judy” Renée Zellweger.

Gigantyczna presja podyktowana przez krwiożerczych prezesów Studia, wielkie, milionowe produkcje i ona jedna – 17-latka, z piękna buzią oraz wyjątkowym głosem – Judy Garland.

Ale to był tylko jej pseudonim, bo naprawdę nazywała się Frances Ethel Gumm – ale to przecież żadne, wodewilowe nazwisko. Pochodziła z bardzo artystycznej rodziny, dzięki czemu dorastała wśród występów, scen, mnóstwa przeprowadzek, tournée i innych. Pierwszy raz na scenie zaśpiewała jako 2,5 latka (sic!)! Potem, razem z siostrami tworzyła zespół The Gumm Sisters, w którym jeździła po całym kraju, wspólnie występując. Te wszystkie wycieczki zwiodły ją do Hollywood, gdzie wraz z kolegą Mickey Rooneyem stała się gwiazdą wielu produkcji. Wygrała także angaż do roli Dorotki w „Czarnoksiężniku z krainy Oz”. Film stał się amerykańskim hitem, a później międzynarodowym. Tak powstała pierwsza dziewczyna Ameryki, Judy z sąsiedztwa, uosobienie marzeń każdej nastolatki.

Nie trzeba było czekać długo, by następstwa tej wielkiej kariery zaczęły się na zdrowiu Judy odbijać. Już w bardzo młodym wieku była faszerowana amfetaminą, by więcej pracować, a później by zasnąć barbituranami. Przez co szybko się od nich uzależniła. Niekiedy występowała 5 razy dziennie, czasami w różnych miastach, kręciła 3 filmy na raz, a pracy zdawało się nie mieć końca. Judy nie miała za bardzo dzieciństwa, ciągle utwierdzana w przekonaniu że nie jest idealna, pracowała jeszcze ciężej, a potem załamywała się raz po raz. W późniejszym okresie uważana była za niestabilną, niedożywioną, nieodpowiedzialną. Wychodziła za mąż 5 razy, miała trójkę dzieci. Występowała na scenie grubo ponad 20 lat, umierając w wieku 47 lat z powodu przedawkowania leków nasenny, gdzieś pośrodku Londynu. A jej historii dotychczas nie wspominał nikt.

Tom Edge, Rupert Goold wraz ze studiem Twentieth Century Fox zauważyli jednak, że jest w niej wiele potencjału.

W roli głównej obsadzili Renée Zellweger – gwiazdkę musicalu „Chicago” – która miała za zadanie nauczyć się śpiewania w stylu Judy oraz przedstawić jej historię u jej kresu. Albowiem film oparty został o okres jej wyjazdu do Londynu na występy w klubie Talk of The Town w roku 1968 roku. Wymęczona już piosenkarka, wyjeżdża po ostatnią deskę ratunku, która pozwoli jej spłacić długi oraz odzyskać dzieci od byłego męża. Nie ma siły, a jej chwiejny stan odznacza się na jakości jej koncertów.

Nie da się ukryć, że jest to kolejny film oparty na jednoosobowym akcie. Pięknie ucharakteryzowana Renée gra w nim znakomicie. Stworzyła postać Judy, która jest dopracowana w każdym calu. Widać, że długo pracowała nad idealnym śpiewem – bowiem, wszystkie piosenki przedstawione w filmie zaśpiewała w pełni sama – czy nad idealnym chodem. Lekko zgarbiona, utykająca oraz z wiecznie zapalonym papierosem jest na ekranie niesamowicie wiarygodna. Ma ten swój akcent, który chciałby by być brytyjski, ale mu nie wychodzi. Postać została też cudownie napisana, bo scenarzyści dobrali do niej poprawne słowa. Nie mam pojęcia jak zachowywała się prawdziwa Garland – ale ten cięty język, żart i odzywki – mają w sobie bardzo dużo uroku. Jest wiele scen, w których jest nam jej szkoda, ale też takich w których wiemy, że to wszystko to wynik bardzo intensywnego oraz popranego życia. Aktorka zdecydowanie zasługuje za tę rolę na wielkiego Oskara ze względu na wysoki poziom autentyczności oraz za to, że uratowała ten film.

Bo niestety reszta tylko Renée wtóruje.

Bardzo słabo ograno w filmie retrospekcje – na początku nie wiadomo o co w nich chodzi, więc widz, który jest kompletnym ignorantem nie połapie się, kim była przedstawiana postać, jeśli się dosyć mocno nie skupi. Nie ma w nim szerszego przedstawienia postaci, przez co ma się też wrażenie, że narracja została gdzieś tam wyrwana z kontekstu. Bardzo ją również okrojono, bardzo mało w niej pozytywów – może oprócz wielkiego ostatniego ślubu Garland – ukazuje jedynie wszystkie ciemne skutki sławy, zaniedbania, złe traktowania i tak dalej. Miałam wrażenie, że scenariusz przesiąknięty jest tą złą energią oraz tym, że twórcy bardzo starali się ukazać wszystkie skutki uboczne bycia taką Judy, a przecież to wszystko to nie do końca prawda.

Wyszłam z seansu z wielkim niedosytem. Chciałam zobaczyć coś więcej, może coś na skraju biografii oraz musicalu, albo przynajmniej samej, czystej biografii. Mam wrażenie, że postać została bardzo oceniona przez twórców – od razu nakreślili nam to z jakimi wnioskami mamy wyjść z kina, nie pozostawiając nam pola do własnej interpretacji ani odpowiedzi na kluczowe pytania. Nie pomagały słabe role drugoplanowe oraz dziwnie pocięty montaż. Film sam w sobie mógłby być lepszy, natomiast Zellweger nigdy lepsza nie była! Dla niej iść zdecydowanie warto.

Ocena: tylko dla Renée, to warto zobaczyć

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *