felieton,  serial

[GRA O TRON] Gdyby zima wcale nie nadeszła

Budząca bardzo dużo emocji, najbardziej kosztowna i popularna produkcja HBO doczekała się finału. Nasz Internet od ostatnich 8 lat płyną wśród spoilerów czy teorii z „Gry o Tron”. Napisany na podstawie książek „Pieśni Lodu i Ognia” Georga R.R Martina, po 6 sezonach musiał zostać dokończony przez scenarzystów. Ci sami, bez udziału autora wymyślali finał. Wszyscy powinni całość obejrzeć z wielu powodów. A ten kto nie oglądał niech spłonie w smoczym ogniu, bo to serial dekady! Ale tylko do siódmego sezonu, bo ósmy nie jest w ogóle wart niczyjej uwagi.

Wszystko spłonęło.

Oczywiście dosłownie i w przenośni. Najbardziej oczekiwany, bo ostatni sezon produkcji, miał być najpiękniejszym zwieńczeniem pośród zwieńczeń. Bo historia jest wyjątkowa. Przez lata Martin oraz HBO budowali świat nieprawdopodobny. Kurczowo dopracowując wszystkie jego szczegóły. Wydając miliony na pojedynczy odcinek (najdroższy kosztował 20 mln). Napisali i nakręcili historię, która zjednała dużą liczbę ludzi. A w ciągu paru lat stała się kultowa. Jednak zima w końcu nadeszła, a nam, chociaż w środku maja, odmarzły prawie stopy.

Sezon 1, Odcinek 2

Pamiętacie jak się zaczęła ta historia? Od rodu Starków, którzy przyjmowali u siebie Królewską wizytację. Na miejscu w Winterfell ze wszystkimi fanami przywitali się Jamie, Cersei, Robert, Sansa, Arya, Bran, Jon, Ned i reszta. Po drugiej stronie morza poznawaliśmy Daenerys, córkę Szalonego Króla, która – jako ostatnia prawowita spadkobierczyni chciała stanąć do walki o Żelazny Tron. Gdzieś obok, w burdelu na rogu ulic Winterfel pił sobie Tyrion. Postaci w serialu było tyle, że aż ciężko jest mi teraz ich wszystkich wymieniać. Większość z nich skończyła marnie – umierając na Czerwonym Weselu, dźgnięta podczas licznych bitew, zmanipulowana przez rodzinę i przyjaciół, jak i wmanewrowana w układ bez wyjścia. Obserwowaliśmy rozwój przepięknej historii, która została wykonana równie dobrze i przez wiele sezonów nie było się do czego przyczepić.

Hasłem serialu w ciągu tych ośmiu sezonów stała się „przewrotność”.

Twórcy udowodnili śledzącej ich poczynania publiczności, że mogą spodziewać się wszystkiego, byle nie szczęśliwego zakończenia. To nie było w ogóle w planach. Szybciej spłonął pod smokiem, niż zaznają jakiegokolwiek spokoju. Dlatego też serial stał się tak szybko popularny. Dziwił, dzielił, rodził wiele pytań, na które już nigdy nie usłyszymy odpowiedzi. Wszyscy to w nim bardzo cenili, bo budził wiele skrajnych emocji, że do dzisiaj niektóre sceny są szeroko komentowane na całym świecie. Nigdy nie zapomnę tej, w której Tyrion zabija swojego ojca na kiblu, gwałconej Sansy czy „Czerwonego Wesela”, które moim zdaniem było najlepszym odcinkiem w całej serii. Zrobiona z niebywały rozmachem, przemyślana, w każdym odcinku trzymała się kupy.

Sezon 3, Odcinek 10

Byliśmy święcie przekonani, że głównymi wątkami są: walka o władzę Daenerys jak i pokonanie Nocnego Króla. To w nim widzieliśmy największą złą postać, która musi w końcu zostać pokonana. Większe zagrożenie nie istniało. Wszystko pewnie byłoby spoko, gdyby nie ta „przewrotność”, której twórcy się trzymali niczym matczynej spódnicy. Zamiast dać koniec na jaki zasługiwali wszyscy bohaterowie, Ci postanowili ostatni raz zaskoczyć. A wiecie jak to z zaskakiwaniem bywa? Raz można nabrać adrenaliny i się śmiać, a raz serce nam stanie na amen. I powiedzmy, że mi stanęło, ale w gardle.

Po emisji ostatniego odcinka ludzie rzucili się wręcz na HBO. I przysięgam, gdybyśmy teraz byli w starożytnym Rzymie, pewnie by ich ukamienowali. A ja się zaczęłam zastanawiać, dlaczego wszyscy piszą o tym jaki ten koniec był żałosny, a nie piszą jaki powinien być? No właśnie, jaki?

Z jakiego finału byłabym zadowolona? – zapytałam się pewnego wieczoru siebie.

Sezon 5

Pozostańmy przy tym, że do jakiegoś drugiego odcinka, w którym Nocny Król się zbliżał wszystko było całkiem w porządku. Oni tam sobie gadali, żegnali się i przypominali stare czasy. Często wracaliśmy do przeszłości, dzięki czemu robiło się nostalgicznie. Wiadomo, to już koniec. Wszyscy zjednoczyli się, by walczyć z Armią Nieludzi. Jon dowiedział się, że jest prawowitym królem Siedmiu Królestw. I tutaj zaczął się problem – bo z pewnego siebie obrońcy narodów, jednego z tych, który nagle zmartwychwstał, stał się ciepłą cipką. Nagle zaczął się garbić i lizać dupsko Dany, tylko dlatego, że czuł się winny w związku ze swoim pochodzeniem. A jak to ostatnio czytam wszędzie – samoświadomość i samomiłość jest najważniejsza. Więc dlaczego twórcy o tym nagle zapomnieli? Jon był wielkim wojownikiem, byłby bardzo dobrym królem. Nie mówię, że powinien nim zostać, jednak wszystko na to wskazywało. Wtrącona miłość i brak pewności siebie zdają się zaprzeczać temu, co wcześniej pokazał bohater na ekranie. Gdzie podziała się jego odwaga? A przecież piękna, cudowna, romantyczna miłość w tym serialu nie wypala. No, ale błagam, nie ginie od marnego sztylecika.

Czerwona Twierdza

Dla mnie w odcinku trzecim Cersei powinna odzyskać zmysły i zdać sobie sprawę, że Nocny Król zdziesiątkuje Armie Północy, wszystkich zabije, a potem przyjdzie po nią.

I ruszyć z odsieczą. W końcu przekonuje się, że sama zginie, jeśli im nie pomoże. Tak też, zabiera swoją Złotą Kompanie i rusza na Północ. Zawiesza na chwilę broń, by ratować też siebie (i swoje nienarodzone jeszcze dziecko). Po wielkiej bitwie w obronie Winterfell, wszyscy – włącznie z Cersei – siadają do stołu i obgadują jak to teraz będzie wyglądało. Wiadomo, ta się nie ugnie, więc nagle zacznie się jadka. W tej ktoś ginie – może Jamie, Arya albo Szary Robak. Cersei zaczyna uciekać, a Dany ją goni. I tak wszystkie wojska spotykają się na jednej polanie w odcinku piątym i biją się o tron. Między Dany a Cersei dochodzi do pojedynku jeden na jeden. Ten kończy się tragicznie.

Sezon 7

Zmarła od ostatniego ciosu Cersei, wyrzuca wszystkie winy przyszłej Królowej. Nazywa ją Szaloną i przeklina na wszystkich Bogów. Tak w odcinku szóstym, wędrujemy z wojskami do Królewskiej Przystani, by trafić na tych, którzy jeszcze jej bronią. Z niesamowitą łatwością Wojska Północy oraz Nieskalani zdobywają twierdzę i razem z Dany ruszają do Żelaznego Tronu. Zaczyna się podział władzy, ustalenia. Jesteśmy świadkami ślubu – między Jonem a Królową Smoków. Wszystko kończy się miło i przyjemnie. Nadchodzi wiosna.

Dobra, prawda jest taka, że to by nie miało miejsca. Jednak jak dla mnie, szczęśliwe zakończenie w tym serialu to był właśnie ten ostatni przewrót na który wszyscy czekali. A nawet jeśli nie to wystarczyłoby jedynie, by Cersei nie zginęła pod jakimiś gruzami, Dany lekko odzyskała zmysły i nic nie spaliła. Wtedy jedynym wątkiem do rozwiązania pozostawał by konflikt interesów z Jonem. Tak czy inaczej, ktoś musiałby wtedy zginąć. Wygrałaby miłość czy pragnienie władzy?

Sezon 7

Albo czasami sobie myślę, że bardziej usatysfakcjonowana bym była, gdyby cały sezon był o Nocnym Królu. I wątek, który ciągnięto przez siedem sezonów nie skończyłby się w tak prosty i szybki sposób. Potem migusiem zabito by Cersei – albo zrobił by to Nocny Król. Albo Dany zginęłaby na smoku, walcząc o wolność Siedmiu Królestw. Wszyscy by ją opłakiwali, a Jon zasiadł by na tronie. Zakochałby się w jakiejś dzikiej i płodził dzieci. Czy to nie byłoby bardziej fair, niż to, co się naprawdę stało?

Dawno nie widzieliśmy tak niesprawiedliwego zakończenia dla tylu bohaterów.

Dawno ktoś nie spłycił tak wszystkich wątków i postaci, którymi podniecało się milionowe grono osób. I dawno nikt, a to nikt, nie zakończył serialu w tak okrutny sposób. Nie kłócę się o happy end dla wszystkich, ale o jakąś dozę szacunku dla powstałych charakterów. A wszystko przez poczucie władzy, tym razem nad zakończeniem pewnej serialowej ery. Nam pozostaje jedynie gdybanie. Sami możemy wymyślić własne zakończenie. Tak jak to ja właśnie zrobiłam. O dziwo, poczułam się o wiele lepiej. Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *