film,  recenzja

[HISTORIA MAŁŻEŃSKA] Dramat bycia tu i teraz

To w sumie nie jest historia stara jak świat, ale całkiem coś nowego. Ludzie się rozstają, rozwodzą, małżeństwo ulega rozłamowi. A historia jest to nowa, bo tego typu występek jest akceptowalny społecznie od niespełna 50 lat, a w niektórych kręgach nawet krócej. Jednak Baumbach podejmuje się ukazania tych potyczek w okół rozpadu pewnego nowojorskiego małżeństwa w sposób ludzki, lekki, bez żadnych klisz i konwenansów, tak jakby się to działo tu i teraz.

Reżyser znany ze swojego przywiązania do Nowojorskiego i artystycznego świata w „Historii małżeńskiej” odbywa podróż.

Jedziemy wraz z nim i bohaterami do Los Angeles. I mimo, że miasto to słoneczne i radosne, to widać w tej scenerii biedę i to że nikt nie chce tam być. W szczególności reżyser. Ale pozostawiając samemu sobie wątek miejsca, najważniejsi są tutaj nasi bohaterowie: Charlie i Nicole. Parę spotykamy w czasie mediacji, podczas której muszą przeczytać napisane przez siebie wzajemne opisy: za co się kochają. I chociaż widzowie usłyszeli je już z akompaniamentem pewnych idyllicznych scen, czuć w powietrzu bardzo duże napięcie. Nicole wychodzi krzycząc, że jej opis jest niekompletny, brzydki i bez sensu. Widzom prawdopodobnie serca pękają, bo wiedzą i przeczuwają, że gdyby to zrobili to może by już w tej scenie rzucili się sobie w ramiona, a zamiast tego rzucają się nawzajem na pożarcie sytuacji rozwodowej.

Była żona Charliego postanawia gonić za marzeniami i jechać za pracą w serialu do Los Angeles, bo przecież jest aktorką, a on zostaje ze swoim teatrem w Nowym Jorku. Łączy ich przepiękny, 8 letni syn Henry, który staje pomiędzy prawie byłym małżeństwem. Okazuje się, że nie da się tak po prostu rozwieść, bez ustaleń prawnych, co bardzo smuci wszystkich, więc Nicole zatrudnia sławną, kalifornijską adwokatkę, która ma za nią rozwiązać kwestie podziału majątku i opieki nad synem. Sytuacja staje się kuriozalna, bo wrzuceni do tej całej systemowej otchłani – niby zgodni w kwestii rozstania oraz podziałów – małżonkowie zaczynają się na siebie rzucać. Powstaje zupełnie sztuczny, bez sensowny konflikt zbudowany na strachu, niedomówieniach i potyczkach, dokładnie nie taki jakiego go kino w ostatnich latach wykreowało. Mimo, że rozstanie dwojga ludzi to raczej mało przyjemna rzecz, tak tutaj obecność osób trzecich sprawiła, że była jeszcze gorsza niż zwykle.

„Historia małżeńska” to nie tylko obraz pełen prawnych rozwiązań rozwodowych, ale także kupy emocji, które towarzyszą nam od pierwszych chwil.

Bo nie wiem jak Wy – ale ja nigdy nie rozstawałam się bez wielkich dramatów, nic nie akceptowałam, a potem płakałam jak dziecko przy porodzie – ale tutaj wydaje się wszystko jasne. Długo trzymane żale zaczynają wychodzić na jaw i dokładnie i w szczegółach widzimy jak dwoje ludzi się w sobie nawzajem… odkochuje. Jednak ich pragnienie zatrzymania przy sobie syna jest silniejsze aniżeli nigdy dotąd, skąd się bierze ich apogeum konfliktu. Bo każde chce się spełniać, szukać szczęścia, mieć marzenia i żyć tam gdzie chce, tu i teraz, ale każde też chce to robić ze swoim synem.

Przyznajmy sobie szczerze, Adam Driver to świetny aktor. Pamiętam go jak debiutował w „Girls” i już wtedy zakochałam się w jego interpretacjach pewnych swoistych, osobliwych postaci. Jego następne role były też bardzo dobre i amerykanie zaczęli go obsadzać w końcu tam, gdzie jego miejsce. A na pewno leży ono obok Scarlett Johansson. Aktorka, mimo wielkiego potencjału od lat (dekad!!) jest obsadzana w bardzo podobnych kreacjach: zagubionej, szukającej, cierpiącej kobiety. I przysięgam, gdy widzę ją w jakimkolwiek filmie, zastanawiam się jak bardzo będzie w nim cierpiała. A to bardzo szkoda bo Scarlett ma mega możliwości i jest bardzo dojrzałą i zdolną aktorką. Tutaj casting był oczywiście bardzo trafny, bo udało jej się wydobyć głębię z postaci Nicole, zagrać ją tak, jak trzeba było to zrobić, ale przy Driverze wypadało to dosyć słabo. Adam ciągnął ten piękny wóz. Między aktorami czuć było gęstą chemię, dzięki czemu widz miał wrażenie jakby za chwile, za minutkę mieli do siebie wrócić. Ale okazywało się, że to były tylko wracające do nich raz po raz dobre wspomnienia.

Jeśli film dostanie Oskara, to na pewno za scenę kłótni.

Pamiętam, że z pozycji leżącej musiałam aż usiąść. Całe ręce miałam pokryte w gęsiej skórce, a włosy stały na nich dęba. Z pozoru bardzo cicha rozmowa, polubowne dodawanie ostatnich szlifów do umowy końcowej, przerodziło się w prawdziwą erozje wulkanu. Widziałam jak i Scarlett i Driver trzęsą się podczas krzyków, a gałki oczne wychodzą im z orbit. Jestem pełna podziwu co do ich wspólnych zdolności i ukazania tego w tak wiarygodny sposób. To warto zobaczyć przede wszystkim. Reszta jest tylko bardzo ładnie opakowanym dodatkiem. Jak to przy dramatach obyczajowych bywa nie ma tam za wiele ozdobników. Bardzo ładnie pracuje z pierwszy planem cała obsada drugoplanowa, pokazująca się w pojedynczych scenach. Muzyka dogrywa, ptaszki śpiewają, wszystko jest na miejscu.

Film można od tygodnia ujrzeć na Netfliksowych odbiornikach, ale warto zobaczyć go też w kinie! Pewnie na większym ekranie będzie to wyglądało znacznie lepiej, więc nie regulujcie odbiorników, idźcie kupić bilet, zanim faktycznie zbierze on miliony nagród.

Ocena: go go go go!

Źródło zdjęć: filmweb.pl