recenzja,  serial

[HOLLYWOOD] Jedziemy do Krainy Marzeń!

W ciągu prawie jednego wieku istnienia kina, wyrobiły się w nas różne stereotypy. Jednym z nich jest na pewno to, że centrum Krainy Marzeń znajduje się w Los Angeles, więc tylko tam (prawie) można spotkać wszystkich, którzy chcą zostać aktorami, reżyserami i scenarzystami. To w L.A. powstała stolica amerykańskiego kina na taką skalę, że po pół wieku mogliśmy nazwać ją także – stolicą światowego kina. Więc gdy marzysz o zostaniu głównym bohaterem w jakimś filmie, jedziesz tam i chodzisz na wszystkie możliwe castingi. Dla tej piątki z serialu „Hollywood” sprawa nie była prosta, bo był 1947 rok, więc trzeba było dostosować się do panujących zasad i to szybko.

Po II Wojnie Światowej kino stało się kluczowe dla Amerykańskiej kultury.

W końcu skończyło się dziesięciolecie filmów niemych, w których aktor wyglądał jak lalka poruszana za pomocą linek, a cała jego mimika twarzy i ruchy były przerysowane. Jak to ładnie ktoś ujął w serialu – w latach 40 nastał czas na naturalizm w kinie. Aktorzy mieli odzwierciedlać prawdziwe emocje, ruchy, miny i zachowywać się dokładnie tak jakby zachowali się w życiu. Teraz jest to dla Was pewnie bezsensowne, bo odkąd pamiętacie temu właśnie służył film, ale nie wtedy. Branża też była zgoła inna. Mimo widocznemu wzrostowi akceptacji afroamerykanów w kinie, to nadal raczej nie obsadzano ich w rolach głównych. Pozostawali sobie tam, gdzie od zawsze było im w Ameryce najlepiej – jako służący, także w filmach. Do tego sprawa osób homoseksualnych była trudna – chowali się oni po kątach i udawali, że to nie istnieje. Nie dziw więc, że ktoś musiał zacząć walczyć z tymi wszystkimi uprzedzeniami.

Twórcy „Hollywood” pokazali historie 5 osób, które chcą zacząć swoją przygodę w stolicy filmu i stać się sławni. Jack jest początkujących aktorem, zabójczo przystojnym, Raymond jest młodym reżyserem, Archie jest czarnoskórym i homoseksualnym scenarzystą, Camille jest walczącą o swoje wyższe miejsce czarnoskórą aktorką, Rock (albo Ray) jest młodym aktorem, który bada jeszcze swoją seksualność. Wszyscy trafiają w końcu pod skrzydła Ache Studios, które zatrudnia aktorów na kontrakty i ułatwia im dzięki temu dostanie jakiejkolwiek roli czy zrobienie filmu. To wymarzone miejsce dla takich jak oni. Arche napisał scenariusz „Peg” o młodej aktorce, która zabija się po tym jak dowiaduje się, że sceny z jej udziałem zostały totalnie wycięte z filmu. Historia porusza na tyle władze studia, że postanawiają zrealizować go – obsadzająca Camille jako – później „Meg” – oraz przy okazji pierwszą czarnoskórą aktorkę w roli głównej.

Historia serialu jest na pierwszy rzut oka świetna.

Mamy do czynienia z różnymi początkami karier aktorskich, wszystkie oczywiście są nieźle zmyślone, ale jedną historię twórcy ściągnęli z życia. Rock Hudson (tak ten aktor istniał naprawdę) trafił pod skrzydła Henrego Wilsona (agenta gwiazd) w 1946 roku, tuż po II Wojnie Światowej, a ten zrobił z niego mega gwiazdę ówczesnych romansów. Tylko styl pracy Wilsona to był koszmar – wykorzystywał on wszystkich swoich aktorów, zmieniał im imiona, wygląd, uczył ich inaczej chodzić, mówić i czasami… zmuszał ich do dziwnych praktyk seksualnych. Tak też mamy w serialu taki ciekawy wątek oraz wątek zdobywania znajomości poprzez łóżko. Jack trafia na Stacje Benzynową, która jest przykrywką dla domu towarzyskiego. Tam staje się – ups, archaiczne słowo – żigolakiem – i zaczyna sypiać z szefową studia. Do tego ciekawie skomponowano wątek homosekasulny łącząc ze sobą Rocka i Archiego, którzy poznają się poprzez Stację, a na końcu zakochują się w sobie. Wszystko to potem nachodzi na siebie podczas prac nad filmem i wydawać by się mogło, że wątki są dobrane poprawnie, jednak zostały zrobione bardzo płytko.

Niestety, piękna scenografia i kostiumy nie zrobią tego, co musi zrobić wyobraźnia widza, więc twórcy też nie pozostawiali nam złudzeń – aktorzy to są raczej płytcy ludzie i zależy im wyłącznie na sławie. Naszym bohaterom bardzo szybko udaje się wybić poprzez różne sposoby – bardziej łóżkowe lub mniej łóżkowe. Gdy się tego dowiadujemy gdzieś w 3 odcinku, robimy takie wielkie MEH i w sumie to nie mamy już po co oglądać dalej. Oni są już albo sławni, albo po prostu są na świetnej do tego drodze. Z jakiegoś też powodu, ktoś chciał być na siłę kontrowersyjny. I jak wątek Henrego Wilsona i tego jego wybuchowości wyszedł świetnie (wszystko pewnie przez Jima Parsonsa, który zagrał Henrego), i widać to, że były to przerażające praktyki i nikt nie chciałby się znaleźć w skórze Rocka, to reszta wypada przy tym blado. Nie ma żadnego takiego pazura, który by nas co chwile szczypał. Nie ma w sumie w serialu żadnej porządnej sceny seksu, która byłaby warta mojej cennej uwagi ani nawet romansu, który wziąłby mnie za chabety i po prostu, po ludzku zmusił do płaczu. Przez to to całe kręcenie „Meg” wypada jak bawienie się jakimiś zabawkami. Fakt – na chwilę, przejęłam się losem najbardziej kontrowersyjnego filmu w historii – ale to dokładnie była chwila. Bohaterom raczej wszystko podaje się na tacy, aniżeli ktoś miałby o to przez chwilę zawalczyć i to jest niestety słabe. Wszystko magicznie, jak to w Krainie Marzeń, się udaje.

Nikt się pewnie podczas burz mózgu nie mógł zdecydować czy „Hollywood” ma być ironiczne – bo jeśli tak, to fajnie, albo czy ma być przerysowane i sztuczne. Czy zachowany styl serialu ma być ponad naturalizm czy ma być gdzieś jego obok, ogrywając jego starszą, zapomnianą siostrę – udawanie? Widać w produkcji wiele niekonsekwencji. Gdyby jednak twórcy chcieliby wybrać jeden styl przekazu, ten pewnie zrobiłby robotę na miarę „Pewnego razu w…Hollywood” Tarantino. Bo mimo tego, że film jest przeciągnięty, to nie ma co – jest konkretny, bo jest przerysowany. Tutaj jednak brak konkretów, więc dostaliśmy miałki 7 godzinny seans, z którego wynika tylko tylko, że lata 40 to był dobry czas. A to ciekawe.

Ocena: chyba, że lubicie coś mdłego

Źródło zdjęć: filmweb.pl