film,  recenzja

Niech żyje [KRÓL]

Co się składa na dobry film kostiumowy? Trzymanie się faktów czy może jedynie trzymanie się pięknych, zgodnych z odpowiednią epoką strojów? Netflix postawił sobie bardzo trudne zadanie – zrealizowanie sztuki Shakespear’a „Henry”.

„Król” pochłonął bardzo dużo pieniędzy, ale widać w nim wyjątkowy upór.

Dobrze wiecie, jak uwielbiam dobre filmy kostiumowe. Te zrealizowane z niezwykłą szarmancją, dbałością o szczegóły, wręcz chorym perfekcjonizmem. Te, w których nawet ułożenie włosów zgadza się z przedstawianą epoką, samochody wypożycza się w tysiącach by dobrze wypełnić scenografie, a dialogi brzmią tak, jakby faktycznie wypowiadano je wtedy. Uwielbiam te filmy, w których nie mam się do czego przyczepić, bo scenarzysta, kostiumograf i reżyser wykonali swoją robotę na najwyższym poziomie i ja mogę się jedynie cieszyć tym widowiskiem. Nie wszystkie filmy oczywiście takie są, bo niektórym zabrakło paru dolarów czy złotówek by dopiąć fabułę do końca, albo mierzą wyżej niż powinny.

Ale „Król” taki nie jest. Powiedziałabym nawet, że widać, z jaką dziką łatwością przyszło twórcom wykonanie każdej sceny. Postanowili, że przedstawią dane czasy tak, jak one właśnie wyglądały we wszystkich książkach – bez żadnego kłamstwa. A ktoś powiedział – macie nielimitowany budżet na to. Mroczny anturaż, ciemna ekspozycja, wszyscy brudni, szarzy. Łóżkowa pościel wygląda tak jak wycięta z papieru, wydziergana nim ręcznie i po prostu położona. Jakby można było dodać zapach to na pewno pojawił by się tam odór kupy oraz bardzo wyraźny zapach krwi. Moi Drodzy, witamy w XV wieku.

Historia przedstawiona przez Williama Shakespeare w sztuce nie odzwierciedla dokładnej historii Henryka V, ale jest bardzo blisko. Początek XV wieku to czasy wojny wewnętrznej na Wyspach. Król Henryk IV jest pochłonięty przez wiele dziwnych niesnasek i sam zaczyna się już gubić w tym kto jest mu lojalny, a kto go zaraz zdradzi. Jego syn Henryk to próżny i frywolny chłopak, który za chwilę utopi się w trunkach alkoholowych. Między obydwojgiem nie ma żadnej chemii, najczęściej się ze sobą nie zgadzają. Gdy ojciec umiera okazuje się, że Henryk (zwany Halem) musi przejąć władze w Państwie. Postanawia rządzić dużo lepiej od swojego poprzednika, zaprzestając wojen wewnętrznych i rezygnując ze zbliżającej się wojny z Francją. Jednak ta ostatnia kwestia bardzo nie podoba się jego doradcom, więc sprawiają, ze wojna jednak się odbywa.

Timothee Chamelet to bardzo młody chłopak, a gra niczym Brad Pitt, przemieniając się do każdej roli.

Tam gdzie ma grać pełnego wdzięku amanta, tam nim jest, a tam gdzie zdecydowanego i mrocznego króla, tam gra króla. W jego kreacji Henryka V nie brakuje mi nic. Stworzył on postać mocną, niezależną, z bardzo dużym polem do interpretacji. Aktor nie uśmiechał się, ciągłe zachowując zimną krew oraz powagę. Nauczył się nawet mówić po francusku z angielskim akcentem. Młody król zdawał się być trochę zagubiony w swojej roli – poszukiwał cały czas dobrej rady u swoich doradców, sam nie szukając rozwiązań. Żadna scena go na pewno nie wybielała, skupiając się na – jakby to nazwali historycy – prawdziwych problemach. Nawet już ten Robert Pattison nie przeszkadzał, bo miło i przyjemnie oglądało się go jako Delfina, który uważa, że angielski jest taki brzydki. A “Król” jest dokładnie taki jak angielska pogoda – zimny, ponury oraz deszczowy. Ale wykonany z niesamowitym rozmachem – każda scena walki nie wyglądała na pokolorowaną w studiu, tylko zagraną. Każdy kadr – w szczególności te, które miały zagrać nam na emocjach, z profilu – zostały dopracowane i przemyślane.

Wcale mnie nie dziwi, że film dostał wyróżnienie na festiwalu w Wenecji, a oglądający go krytycy wstali do braw. Bo te brawa mu się należą – za konsekwencje. Bo ten deszcz, ponurość i niska temperatura wychodzą z każdego kąta, każdego słowa oraz każdej postaci. Tworzy to niesamowity klimat, który podczas seansu przeciąga nas doszczętnie, a my czujemy się tak, jakbyśmy faktycznie byli w tej Anglii i walczyli z tymi Anglikami.

Trudno sobie nawet coś zażartować w recenzji tego filmu, w taki melancholijny nastrój mnie on wprowadził. A ja musiałam się dodatkowo przykryć, bo tak mi się zimno zrobiło, a potem zrobić sobie herbatkę z imbirem, bym przypadkiem się po nim nie rozchorowała. Ale było warto, to było to.

Ocena: musicie to zobaczyć

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *