film,  recenzja

[(NIE)ZNAJOMI] nie mają się czego wstydzić

Mówią, że warto trzymać bliżej siebie wrogów aniżeli przyjaciół, a ufać jedynie sobie. Grona naszych znajomych jednak zmienia się. Wielu z nich znamy od lat, niektórych od niedawna, ale czujemy, że znamy się ze wszystkimi jak łyse konie. Ale czy wiecie wszystko o osobach, z którymi co piątek upijacie się w świetle księżyca? Wiecie z czym się zmagają na co dzień, co ich boli, co ich cieszy albo co im doskwiera? Bohaterom remaku „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” w polskiej wersji „(Nie)znajomi” świetnie się udaje. Ale film za to nie musi udawać pierwowzoru, a jedynie za nim w dobry sposób podąża.

„Co za plagiat” – przeczytałam w pierwszym tytule forum filmu na Filmwebie.

Cóż, nie da się ukryć, fabuła jest bardzo podobna. I we wszystkich 11 innych remak’ach jest praktycznie taka sama. Tadeusz Śliwa i Katarzyna Sarnowska – scenarzyści filmu – skorzystali jednak z możliwości dostosowania go do lokalnych bolączek, ale motyw wykorzystali ten sam. Trzy pary i singiel. Przyjaciele od podstawówki albo liceum – generalnie od zarania dziejów. Grają ze sobą w piłkę dwa razy w tygodniu, świętują razem awanse, narodziny dzieci i śluby, piją razem wódkę na Szczepana, poznają swoich nowych partnerów. Myślą, że znają się najlepiej na świecie, nic nie może ich zaskoczyć. Spotykają się na wspólnej kolacji, razem śmieją i piją, aż w końcu, jedno z nich proponuje osobliwą grę. Muszą położyć wszystkie telefony na stół i czytać wszystkie przychodzące smsy, wiadomości i odbierać na głos telefony. Czy na pewno wiedzą o sobie wszystko?

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” to włoski pierwowzór. Iście teatralny, ale zrobiony z pięknym, włoskim sznytem. Gwarna rozmowa, wino, makaron i pizza, i okropnie natrętni, przerysowani Włosi. Powstał z tego bardzo dobry film, który podbił serca wielu krajów. Na tę chwilę powstało jego 11 wersji i polska. Tadeusz Śliwa postanowił podjąć wyzwanie. Obsadził w rolach głównych aktorów z pierwszej ligi: Tomasza Kota, Maje Ostaszewską, Michała Żurawskiego, Ole Domańską oraz gwiazdę wieczoru, bo i części zerowej – Kasię Smutniak. Znalazł idealną scenografię, dobrał kostiumy i napisał świetny, poruszający scenariusz.

Mamy do czynienia z niczym nieskalanym dramatem.

Prawie tak jakbyśmy siedzieli przed łamami teatru i oglądali spektakl. Wszystko dzieje się w jednej lokalizacji, co nadaje obrazowi jeszcze więcej dramaturgii. Napięcie spływa do nas falowo, ale już na początku zdajemy sobie sprawę po kolei z czym borykają się nasi bohaterowi. W tym temacie reżyser nie pozostawia nam wiele do domyślania się, emocje płyną z kolejnych scen niczym wodospad. I tak też właśnie doszłam do wniosku, że nigdy nie widziałam tak dobrze poprowadzonego fabularnie i emocjonalnie filmu w polskiej kinematografii. Że nożem mogłabym ciachać powstałą atmosferę i emocje spływające do mnie zza ekranu, a potem rozkładać je wszystkie na części pierwszy, by wychodząc zastanawiać się jak na prawdę mogły skończyć się losy tych postaci. Od razu widać przy stole kto jest kim i jaki jest rozkład sił, kto jest tchórzem, kto kłamie, kręci i obraca kota ogonem. To widzimy my, ale nie bohaterowie. A ich poszczególne reakcje na zaistniałą sytuacje powodują bardzo duże zainteresowanie sali.

Nie da się oczywiście ukryć, że inspiracja pierwszym filmem jest duża. Ale mnie urzekły te pięknie napisane dialogi! W końcu ktoś siadł i powiedział: dobra Grażyna, powiedzmy to tak, jakbyśmy mówili do swoich znajomych, a nie do leszczy z prowincji. I tak to napisał. Miałam wrażenie, że na prawdę to mówię ja, moi znajomi, a nie ktoś, kto nie istnieje w tym kraju, a używa języka polskiego. Niestety większość dramatów czy komedii romantycznych napisanych jest językiem człowieka z kamienia łupanego. Dzięki tym cudnie napisanym rozmowom, dało się autentycznie wczuć w sytuacje. Wszystko zostało idealnie dostosowane do naszych nastrojów społecznych i bolących nas tematów. Wielka to też zasługa dobrych aktorów, bawiących się scenariuszem. Maja Ostaszewska za swój piękny monolog przy końcu powinna dostać jakąś super wypasioną nagrodę, bo poruszyła nie tylko mnie, ale uciszyła gadające pół filmu grono znajomych siedzących obok w sekundę. Do tego Kasia Smutniak – która swoją poprzednią rolę postanowiła lekko zmodyfikować, w czym idealnie wtórował jej Tomek Kot. Z gwarnej, szczęśliwej włoszki, stała się zimną, polską matką.

Więc jeśli chcecie zobaczyć bardzo dobry polski dramat, wzruszyć się, poczuć emocje, których nie znaliście i może nawet nie pamiętacie jak smakują (bo to dobry polski film, a nie zły) to musicie iść do tego kina, zapłacić te 36 zł i wytrzymać te 108 minut obok jakiś dziwnych ludzi. Przysięgam, będzie warto. Ja może przez chwilę się nudziłam, a potem tylko otwierałam usta ze zdziwienia.

Ocena: koniecznie idźcie

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *