felieton,  serial

[NORMALNI LUDZIE] czyli trudna rozmowa o miłości

Podejrzewam, że widzieliście mało dobrych seriali o nastoletniej miłości. Albo o miłości w ogóle. Twórcy próbują nas przekonać (usilnie), że miłość rośnie w okół nas i wypala nam w twarz wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy. Ale nikt nie mówi o tym, jaki jest to dla obu stron wysiłek. Ile rzeczy musi zagrać, by to się w końcu wydarzyło. I tak to się dzieje u wszystkich „Normalnych ludzi”. Tych w książce Sally Rooney i tych w serialu HULU.

Mówią: warto rozmawiać.

Wymieniać się spostrzeżeniami, dyskutować, spierać, mówić o swoich uczuciach i o tym, dlaczego wolimy makaron z krewetkami a nie ze szpinakiem. Związek zaczyna się od rozmowy. Nie pytajcie gdzie to usłyszałam, ale jest to zdecydowanie fakt. Wiele miesięcy temu przeczytałam parę recenzji książki Sally Rooney „Normalni ludzie”, po czym usłyszałam, że Hulu robi o niej serial, więc pobiegłam do księgarni. Przeczytałam ją w parę dni i uznałam – że to smutna historia. Napisana klasycznym dwugłosem. O miłości, o przywiązaniu, o trudach dorastania. O tym, o czym już nie rozmawiamy.

Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connel (Paul Mescal) mieszkają w małym miasteczku w Irlandii Południowej. Ona – outsiderka, dziewczyna, z której wszyscy się śmieją. On – kapitan drużyny piłkarskiej, przystojny, popularny. Jego matka pracuje jako pomoc domowa w jej domu, przez co on często po matkę przyjeżdża. Na początku raczej się unikają, a potem coś ich w sobie zaczyna fascynować. Nagle zaczynają ze sobą sypiać, być w „związku”, ale ukrytym. Normalna rzecz, normalnych nastolatków. On nie chce się przyznać do Marianne, trochę mu wstyd. Wyjeżdżają razem na studia. Role się odwracają. Ona staje się na nich popularna, ma wianuszek znajomych, a on raczej jest wyoutowany. Znowu bardziej się ze sobą spotykają, ale też incognito. I tak w kółko, aż do znudzenia. Przyjaźnią się. Na swojej drodze spotykają wiele przeciwności losu, ale okazuje się, że właśnie ta „rozmowa o miłości” odbywa się w półsłówkach, w spojrzeniach, w dotyku. Tam, gdzie gdyby dodano słowa, okazałoby się, że to wszystko jest łatwiejsze niż przypuszczaliśmy.

Powiedziałabym, że jest to klasyczny europejski serial.

Zagrany i opowiedziany „półsłowem”. Wolny, oszczędny w środkach. Co jest w nim najpiękniejsze. Bo wykorzystano kunszt aktorski głównych bohaterów bardziej niż ich umiejętność zapamiętywania kwestii. Zagrano kadrami, zdjęciami i montażem, po to by zbudować tę historię tak, jak została ona przedstawiona w książce. A łatwo się w niej utopić – Sally ma bardzo cięty i konkretny język. Nie pozostawia naszej wyobraźni za dużego pola do popisu. A tutaj twórcy “Normalnych ludzi” – Lenny Abrahamson czy Alice Birsh (scenariusz we współpracy z Sally Rooney) – postanowili zagrać nam na emocjach jeszcze lepiej niż autorka w książce.

Postawiono przed nami postacie z konkretnymi twarzami, które praktycznie wyszły z książki jak żywe. Wszystko co jest tam napisane, zostało przełożone na serialowy język kropka w kropkę. Myślę, że obecność Rooney przy tworzeniu serialu była tutaj kluczowa, by produkcja wyszła dokładnie taka, jaką by chcieli ją widzieć czytelnicy. Dlatego też dobór głównej pary – Daisy i Paula – musiał być trafiony wyżej niż w dziesiątkę. Młoda para jest na ekranie fenomenalna! Pamiętajmy, że produkcje opowiadające o emocjach, bez wielu słów w scenariuszu są najgorsze do zagrania – bo wszystko tam opiera się na chemii między aktorami, mimice, oczach, ruchach dłoni i ust. A ta była dograna co do joty!

Nie będę też za dużo się rozwodziło nad tym czy coś miało lub nie mało sensu. Widzę duże podobieństwa do takich filmów jak “Tamte dni, tamte noce” czy różne produkcje mojej ulubienicy Sofii Coppoli, które mają nam wejść do “serca”. One zachodzą mi głęboko pod skórę, samym obrazem – a nie słowami. Opowiadają historię uczuciami. “Normalni ludzie” to jest właśnie taki serial, który wchodzi nam dokładnie tam, gdzie byśmy tego nie chcieli. Budzi uczucia, o których istnieniu mogliście zapomnieć. Wyłączacie ten seans i czujecie sporą pustkę – bo zawarta jest w nim sroga dawka emocjonalnego misz maszu. Poruszone są tam dosyć trudne kwestie – depresja, przemoc, toksyczni ludzie. Cały więc ten zbitek jest mocny w odbiorze, a jednocześnie koi nasze nerwy. I też nie da się o nim inaczej pisać.

Jeśli myśleliście, że “Normalni ludzie” to kolejny młodzieżowy serial, to bardzo się pomyliliście. To rozmowa o miłości, którą każdy z nas powinien przeprowadzić na jakimś etapie swojego życia. Nie ma ona w sobie ani grama cukru, a raczej jest gorzka. O trudach w relacji, o przemijającym czasie, o dopasowaniu, o okolicznościach i tym, jak na znalezieniu tego kogoś się nie kończy. I nie zawsze wiesz to po 20 sekundach. Ale zawsze musisz o to walczyć i nad tym pracować. Dbać o to, pilnować tego i niezależnie od okoliczności – jeśli będziecie walczyć bardzo mocno – przetrwacie.

Ocena: obejrzyjcie

Źródło zdjęć: newyorker.com, vanityfair.com