film,  recenzja

Odarta z magii [MULAN]

Pewnej bardzo feralnej Gwiazdki, znalazłam pod choinką kasetę z bajką „Mulan”. Miałam 6 lat. Marzyłam o lalce Barbie albo o kolejnym samochodzie sterowanym na pilota. Ku mojemu zdziwieniu, wielką kolejkę górską na te Święta dostał mój brat. A ja kasetę „Mulan”. Na szczęście nie pozostał po tej sytuacji niesmak (chociaż mógłby). A już film, tym razem obejrzany na dużym ekranie, zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie.

Ile chamskich plotek przez premierą można było się nasłuchać!

Że „Mulan” to będzie taka wielka lesbijka, Pani wojowniczka, a Disney w końcu wyjdzie ze swojej strefy komfortu i pokaże bardzo mocny (i nikomu niepotrzebny) film o feminizmie. Tymczasem zmagaliśmy się z komentarzem, w którym jedna z widzek otwarcie pochwaliła wytwórnie, że nie zrobiła z Mulan krwiożerczej Krystyny Pawłowicz. Tylko prostą, chińską wojowniczką, którą jednak ciągnie do chłopców. A za „dziękujemy” Disney dostał od internautów w papę. No bo jak to wielka wytwórnia, będzie przytakiwać homofobii, nienawiści? Ależ tak nie może!

Pandemia nie tylko sprawiła, że staliśmy się wrażliwsi na relacje między ludzkie, ale słowo napisane w internecie bierzemy do siebie, zbyt dosłownie. To nie jest oznaka głupoty, ale braku dystansu do Internetu. Ale o tym to ja nie będę się rozckliwiać, bo wszyscy o tym wiecie. Ale dostała za to bogu ducha winna „Mulan”. Bajka, napisana na podstawie starożytnej legendy o Hua Mulan w pierwowzorze powstała w 1998 roku jako animacja. W 2019 postanowiono nakręcić ją w live action, idąc ku trendowi, odtwarzania wszystkich Disneyowskich hitów. Także jeszcze raz: wszystko dzieje się bardzo dawno temu, podczas ataku ludów północy na Chiny. Dziewczyna Mulan, chce uratować swojego schorowanego ojca przez pewną śmiercią na wojnie, więc przebiera się za faceta i sama odpowiada na wezwanie do wojska. Pod przykrywką trenuje, mobilizuje wszystkie wewnętrzne siły i buduje swoje „chi”. Przygoda ta sprawia, że dziewczyna nie tylko znajduje to, co lubi robić najbardziej, ale także staje się dumą dla swojego narodu oraz przede wszystkim – rodziny.

Nicki Caro naprawdę postarał się jeśli chodzi o „akcję” w filmie.

Nie można oderwać od nieJ wzroku! Ani przestać się patrzeć na główną bohaterkę (graną przez Yifei Liu), która mimo bardzo młodego wieku radzi sobie na ekranie świetnie. Fabularnie brakuje tam na pewno jakiejś takiej chemii pomiędzy bohaterami a panującym „klimatem” w samym narodzie. Za mało jest w tym świecie magii, która towarzyszyła Mulan w bajce. Tutaj na pewno Disney trochę przyoszczędził, bo większość dużych scen jest robionych bez żadnych efektów specjalnych. Widać gołym okiem jedynie nakładane komputerowo tła i krajobrazy. Reszta – np. piasek podczas bitwy – to niemalże plaża utworzona w studiu na czarnej folii. Jednakowoż wizualnie nie mam „Mulan” nic do zarzucenie. Starano się jak najlepiej zrealizować dosyć trudne scenografie, mimo, że było ich może ze 4…

…i chyba dlatego też uważam, że chociaż Disney miał bardzo dobre intencje, zrobił film po najniższej linii oporu. To, co zostało włożone np. w remake „Króla lwa” jest nieporównywalne. Myślę, że kwota zależała od tego ile czasu nagadano się o samej produkcji. Od ponad 10 lat rozmawiano o tym by zrealizować ten film, ale wszyscy reżyserzy albo rezygnowali.. albo porzucano wszystkie plany. Przejechano ponad 5 kontynentów i przesłuchano 1000 dziewczyn by znaleźć perfekcyjną kandydatkę do roli Mulan. I fakt, tutaj muszę przyznać, że casting był wyjątkowo trafny. Dziewczyna nie tylko jest łudząco podobno do tej narysowanej 22 lata temu, ale także grała bardzo przyzwoicie.

Uważam też, że filmowi trochę zabrakło.

Sceny walk, dobry casting na role, fabuła to nie wszystko co może mi zaoferować remake hitowej bajki sprzed lat. Było parę elementów „Mulan”, których w nowej „Mulan” mi zdecydowanie brakło. Gdzie podział się biały smok? Tego zastąpił jakiś dziwny, nieodzywający się do nikogo Feniks. Latał on w kółko i machał ogonem. Miał on być chyba zwiastunem powodzenia dla Mulan, ale miałam wrażenie że jest chyba zrobiony z papieru (albo czegoś takiego), a jakiś Pan trzyma linę i sobie nią pomachuje od niechcenia. Dużo właśnie rzeczy w tym filmie wydawało się ostro papierowo-plastikowe – stroje, materiały, posągi, złoto w Pałacu Cesarza czy nawet miecz Mulan. Disney, co się stało?

Po za tym, jeśli się nie będziesz przyglądać, ani zbytnio czepiać jak ja, to jest szansa, że będziesz się dobrze bawić podczas seansu „Mulan”. Zdecydowanie jest to bajka stworzona dla dzisiejszych dzieci. Nie ma w niej za dużo żartów, które mogą kogokolwiek obrażać, ani nawet śmieszyć, nie ma w niej żadnych kontrowersji. A to chyba najważniejsze!

Ocena: mogło być lepiej

Źródło zdjęć: wprost.pl