film,  oldskul

[OLDSKUL] Hołd dla Brooklynu

Ciekawy, interesujący, zainspirowany duchem dzielnicy Nowego Jorku – Brooklynu. Jeśli ktoś był, dobrze wie o czym mówię, jeśli jednak tak jak ja czekacie na swoją szansę, to możecie oprzeć się na opowiadaniach. A te mówią o istnej magicznej miksturze – ludzi, kultur, charakterów, stylów i historii. Mówią, że bardziej prawdopodobne, że coś spotka Cię na Brooklinie, niż w innym miejscu na świecie. Poznajcie jeden z tych filmów, o których świat zapomniał, a HBO Go ostatnio mi przypomniało – „Brooklyn Boogie”.

W pewnym sklepie z papierosami spotykają się różni ludzie.

Reżyserzy, sprzedawcy zegarków, muzycy, palacze, przechodnie, tancerki, Afroamerykanie, Żydzi. Rozmawiają, przedrzeźniają się, palą cygara i papierosy, dobierają tytoń. „Brooklyn Boogie” to tak naprawdę zlepek paru historii, monologów, krótkich dialogów, które mają za zadanie scharakteryzować nam jedną z dzielnic Nowego Jorku.

A nie wszyscy wiedzą, że Brooklyn to jedno z trzech miejsc na świecie, w którym mieszka największa mieszanka etniczna. Przechodząc przez ulice jesteśmy w stanie znaleźć napisy w ponad 20 językach, zjeść kuchnie i posłuchać muzyki z całego świata. Dzielnica ma to też do siebie, że jest otwarta nie tylko kulturowo, ale także emocjonalnie. W małym sklepie z papierosami w jej środku, reżyserzy: Wayne Wang (znany z „Pokojówki na Manhatannie”) i Paul Aster stworzyli dramat na miarę lat 90. I dramat jest tutaj słowem kluczem, bo chociaż nie jest to gatunek, to film został wykonany w konwencji sztuki teatralnej.

Nie spodziewałam się produkcji wysokich lotów, gdy zobaczyłam plakat.

Przystojny, młody Harvety Keitel tańczy z młodą latynoską tytułowy taniec boogie na tle swojego sklepu. Jego bohater – Auggie – pracuje w nim już 13 rok. Sprzedaje tam lokalsom wszystkie rodzaje papierosów, rozmawia, kupuje zegarki, godzi małżeństwa i prowadzi wiele ciekawych dialogów. Wydawać by się mogło, że Auggie posiada życie bez sensu i nie ma żadnych ambicji. Ale jego największą miłością, nie jest kariera ani sukces, ale właśnie Brooklyn.

Konwencja sztuki teatralnej nadaje temu filmowi poważnego charakteru. Nie śmiejemy się na tej komedii na głos, nie zalewamy się łzami po usłyszeniu żartów, po prostu dobrze nam się to ogląda. Na początku nie wiemy o co za bardzo chodzi, wodzimy wzrokiem po ekranie, a dopiero w połowie jesteśmy w stanie nazwać to, co widzimy przed sobą. Dlatego uważam, że film jest ciężki w odbiorze, ale jest niesamowita gratką dla wszystko filmoznawców i kinematofreaków. Po głębszym zastanowieniu nabiera sensu.

Twórcy zobowiązali się trochę do scharakteryzowania w filmie Brooklynu.

Czym jest? Jakie są jego cechy charakteru? Na tej też podstawie zbudowali jego formę. Te wszystkie dialogi i monologi. Scenę z Afroamerykaninem sprzedającym zegarki – każdy, kto mieszka na Brooklynie powie Ci, że jest ich tam pełno; monolog z zakochaną i odkochującą się latynoską, scenę z rozpadającym się małżeństwem, tę z bezdomnymi muzykami i alkoholikami. W filmie gościnnie wystąpiła także Madonna, dając popis przy śpiewaniu telegramu!

brooklyn boogie

Przyglądając mu się, stwierdzamy, że możemy już nie jechać na Brooklyn. Znamy go na wylot. Reżyser bawi się montażem, wcale nie skupiając go na postaciach. On jest bardziej w dzielnicy. W przebitkach króluje nowojorski eklektyzm i droga przez ulicę. Nie szczędzą oni sobie klatek z rozwalonymi śmieciami, wielkimi billboardami i tych ukazujących wieczne korki. Uchwycono dzięki temu kwintesencję Brooklynu, dodając do tego lekkie dialogi i historie płynącą przede wszystkim poprzez obraz. I tak powstała sztuka pełna.

„Brooklyn Boogie” to nie tyle komedia, co hołd oddany największej dzielnicy Nowego Jorku.

Napisany według sztuki, w mistrzowski sposób. Film, bez głównych bohaterów, bez zakręconej i odkręcanej fabuły, bez najeżonego charakteru i zadęcia. Ukazał dzielnicę taką jaką jest, bez żadnej manipulacji. Powiedział nam wszem i wobec: oto Brooklyn, kochaj go lub znienawidź na wieki.

Ocena: obejrzyjcie!

Obejrzycie na HBO Go do 31.03