film,  recenzja

[PEWNEGO RAZU…W HOLLYWOOD] i w Uniwersum Tarantino

Dziewiąty film wybitnego twórcy kina postmodernistycznego Quentina Tarantino pobił wszelkie rekordy popularności, jeszcze przed premierą. Może dlatego, że czekaliśmy na niego tak długo, a może, że zachłysnęliśmy się tym, że zagrał w nim Rafał Zawierucha. „Pewnego razu… w Hollywood” to istny hołd dla wszystkich tych rzeczy, które Quentin kocha najbardziej: neonowe blaski Hollywood, kiczowate westerny, Di Caprio i Pitt oraz pisanie historii od nowa. Po pierwszym zwiastunie byłam pewna, że dam 10/10, a po seansie… wiem tylko po co były te kropki.

Napiszę to dla mniej kumatej widowni, która obejrzała może jeden, albo ze dwa filmy Quentina.

To bardzo specyficzny reżyser. Przez lata budował swoje „uniwersum”, łącząc filmy w wyrafinowany i mało dosłowny sposób. Wszystkiemu tam trzeba się bardzo przyjrzeć, żeby w ogóle zrozumieć o co chodzi. Bo jak obejrzycie je powierzchownie, to faktycznie, wyjdzie na to, że to wszystko to filmy klasy B albo nawet C! A te Tarantino kocha najbardziej na świecie. Także znajdziecie w nich przede wszystkim: nawiązania do tanich horrorów, thrillerów i westernów sprzed wielu, wielu lat. Quentin to wielbiciel kina, ale tego, które nie cieszy się dobrą sławą, więc w jego filmach sika krew, choreografia walk jest prześmieszna, a śmierci bardzo dosłowne. Nawet możecie zobaczyć w nich dużo niepotrzebnych flaków. Tarantino bawi się nawiązaniami do popkultury: ma swoją ulubioną miejscówkę na burgery i markę papierosów. Niemiłosiernie uwielbia wrzucać masę długaśnych, niepotrzebnych nikomu dialogów. A jeśli opiera się na jakiś faktach, to uwielbia zmieniać ich końcówkę. Pracuje zawsze z podobnymi aktorami na pierwszym planie, ale buduje drugi plan z nowych. Na ten drugi plan warto poświęcić dużo więcej czasu, bo tam się kryje wszystko to, co Quentin chce nam przekazać. Gigantyczne zbiorowisko smaczków z wielu filmów, plotek czy seriali. To jeśli już to wiemy, możemy przejść do recenzji jego najnowszego, a jednocześnie przed ostatniego dzieła.

„Pewnego razu… w Hollywood” to opowieść o podupadającym kinie westernów klasy B z końcówki lat 60. A tą uznaje się za schyłek pięknego czasu dla Hollywood. Poznajemy Ricka Daltona (Leonardo Di Caprio), który jest aktorem w takim też rodzaju kina i to na dodatek grywa tego złego kowboja. Zawsze na końcu przegrywa. Jego najlepszym kumplem jest Cliff Booth (Brad Pitt), który jest też jego kaskaderem i dublerem. Panowie razem bujają się w najładniejszych furach z tamtych czasów po Los Angeles, starając się w końcu znaleźć miejsce, w którym wygrają. Na drugim planie mamy młodą Sharon Tate (Margot Robbie) wraz z Romanem Polańskim (Rafał Zawierucha), którzy są sąsiadami Ricka, ale też jego upragnionymi niedoszłymi przyjaciółmi. Roman cieszy się wtedy w Hollywood bardzo dobrą sławą i jest wziętym reżyserem, a Sharon jedną z najpiękniejszych aktorek. Stykamy się w również z grupą fanek Charliego Mansona, które potem nam trochę namieszają, a tam już zagrała cała plejada gwiazd młodego pokolenia: Maya Hawke, Austin Butler, Dakota Fanning, Lena Dunham czy Sydney Sweeney (Cassie w „Euforii”). Jest kogo oglądać.

Nie będę owijać w bawełnę: film trzeba obejrzeć dla samej końcówki.

Fabularnie nie jest to coś niesamowitego. Wiele scen jest na maksa przeciągniętych przez te wszystkie okropnie wydłużone dialogi i nie nawiązuje do niczego co się dzieje dalej. Nie zauważyłam też głównego wątku, na którym Quentin oparł całą fabułę. Równocześnie mamy Ricka i jego potyczki w Hollywood, grupę Mansona i resztę świty. Możemy więc uznać, że jest to swoisty obraz tego, jak wyglądała końcówka lat 60 dla amerykańskiej branży filmowej na przykładzie Ricka. I wtedy może jakoś się to wszystko klei. Oczywiście, warto przypatrzeć się temu całemu tłu, które zbudował Tarantino: postaci Sharon, Polańskiego, Steve’a McQueen’a i tak dalej, bo tam, dzieją się najfajniejsze i najładniejsze rzeczy. Nasz Polak miał swoją minutę na ekranie i dokładnie jakieś 5 słów, ale bardzo się dobrze wywiązał z zadania. A co by było gdyby nie?

Dla mnie zachwycające są dwie rzeczy: ścieżka dźwiękowa, która dopełnia nam obraz, nawet jeśli akcja w nim dłuży się niemiłosiernie oraz kolory obrazu. Te odzwierciedlają świat widziany przez prawdziwego mieszkańca Los Angeles tamtych lat, pełne różnych odcień żółci oraz brązów. Miałam wrażenie, że faktycznie znalazłam się w 1969 roku. Dopiero potem możemy zaklaskać dla Brad’a Pitt’a oraz Leonarda. Jako aktorzy absolutni mieli w tym filmie do zagrania nie wiele, ale i tak pociągnęli pięknie produkcje, idąc ramie w ramie. Szkoda tylko Robbie, która jako Sharon nie miała nawet okazji się wykazać. Hasając gdzieś na drugim, a nawet momentami trzecim planie tylko się śmiała do ekranu.

Pewnie już też wiecie, dlaczego przez większość krytyków film został słabo oceniony i ja innego zdania nie mam. Jednak jest w nim kwintesencja „stylu Tarantino”, który pewnie po 10 jego filmie wpisze się do leksykonu motywów filmowych oraz literackich. Ma on niepowtarzalny charakter i nie da się go za bardzo powtórzyć. Ale polecam próbować, nawet znajdzie się paru śmiałków, którzy za 10, 20 lat będą chcieli zrobić remake „Pulp Fiction”, ale do brzegu! Quentin postanowił napisać swoje zakończenie dramatycznej historii starcia grupa Charliego Mansona – Sharon Tate. I zaiste – zrobił to w swoim cudownym stylu, sprawiając, że łezka nam się w oku zakręciła (prawie). Tak mogło być. Dokładnie tak samo ten film mógł być lepszy w całości.

Ocena: idźcie dla tego zakończenia!

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *