film,  recenzja

[SPIDER-MAN: DALEKO OD DOMU] Pajączek na wywczasie

Po przepięknym widowisku w postaci „Avengers: Endgame”, które zakończyło nam 4 fazę MCU, czas na coś nowego. Nie wszyscy byli pozytywnie do tej zmiany nastawieni, bo przecież nie będzie w niej naszych ulubionych bohaterów. Iron Man, Kapitan Ameryka czy Natasha znikają z ekranów. Było mi strasznie przykro na to patrzeć, ale wiem, już teraz, że nic straconego. Trzymajmy ich mocno w serduszkach, wspominajmy ciepło, ale skupmy się na dzisiaj. A dzisiaj dostaliśmy piękną kontynuacje opowieści o młodym pajączku, że mimo tego żalu związanego z przemijaniem, robi nam się ciepło.

Marvelowski świat zaliczył niezły upadek.

Wielki przybysz z kosmosu Thanos, „bipnął” połowę ludzkości, a Avengersi dopiero po 5 latach przywrócili wszystkich na Ziemie. Nie obyło się bez strat w ludziach, których teraz czci się jak bohaterów. Grupę Avengersów trzeba budować od nowa. Tę budowę Marvel zaczął od Spidermana, który dostał w pewnym sensie role lidera grupy. Peter Parker, 16-latek, nie chce za bardzo motać się w sprawy świata i bardzo, a to bardzo chciałby działać lokalnie, pozostawiając sobie kawałek życie do przeżycia. Jednak w tym nowym świecie, będzie to dosyć trudne. Nawet na wycieczce szkolnej jego obowiązki go doganiają, musi nie tylko zmierzyć się ze swoimi pragnieniami, a także podołać swojej nowej roli.

Już w pierwszych paru scenach widzimy jak pięknie Tom Holland radzi sobie ze swoją rola. Jego występ w „Homecoming” czy „Avengers” to było nic w porównaniu z tym, co dał nam w najnowszym filmie. Pochwałom w recenzjach nie ma końca, więc ja też dodam coś od siebie: to jest mój ulubiony Spiderman. W końcu koleś bez zadęcia, nie totalny nerd ani debil. Nie jest lowelasem z domu obok, ani introwertykiem, który wkładając strój pajączka zamienia się w zupełnie inną osobę. Jest naturalny, zabawny, słodki i niewinny, a dodatkowo jest mądrym kolesiem, który dorasta na naszych oczach na prawdziwego Pająka. Mam wrażenie, że w końcu ktoś dobrze napisał tę rolę, dobrał świetnego (ale młodego) aktora, który podołał zadaniu. Na naszych oczach, proszę Państwa, dorasta nowy Robert Downey Jr. Tak, tak, serio, bez ściemy. Nie tylko w filmowej fabule, ale także w życiu aktorskim wróżę mu wysokie miejsce w hierarchii.

Musze także przyznać, że udało się twórcom zaskoczyć swoich fanów.

W zwiastunach nie pokazano całej fabuły filmu, tak, by można było z kontekstu domyślić się rozwiązania. Szczerze powiedziawszy, że nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy w filmie. Wiadomo, robiąc „wow” tyle razy, można się lekko zapowietrzyć. Tak samo jak ze śmiechem. Dodano Peterowi bardzo dużej dozy, licealnego, ale cieszącego od ucha do ucha humoru. Czytałam, że ktoś bardzo narzekał na suchary i wtórny momentami żart, ale ja nie miałam takiego wrażenie. Pamiętajcie, że lepsze są takie śmieszki nieprzekombinowane. Bo ile można żartować z seksu, gejów i Hulka?

Postać Jake’a Gyllenhaal’a chyba jest najbardziej kontrowersyjna. Jake, oczywiście, wyszedł bardzo dobrze na ekranie. Chociaż nie jest to jego rodzaj kina, w którym może się emocjonalnie, militarnie czy psychologicznie wyżyć, to bawił się tą postacią. Mysterio budzi wiele emocji przez pobudki, które nim kierują – ale to recenzja bez spoilerów – więc musicie to zobaczyć sami. Nadano mu bardzo klasycznego, Marvelowskiego charakteru, co niektórym może nie odpowiadać. Nie ma w nim nic innowacyjnego ani zaskakującego – strzela sobie zielonymi płomieni, głowę ma w dymnym kasku i przybył z innego uniwersum. To tyle.

Dokładnie tak jak w przypadku „Homecoming” mamy przy okazji dużo śmiesznych, nie przeszkadzających sobie wątków, które ogląda nam się z wielką przyjemnością. Licealne miłości, licealne problemy, wycieczki. Lekkość bytu w tym filmie nie zna granic, co totalnie nie razi w wątek główny. Do tego wszystkiego te piękne efekty specjalne! Marvel po sukcesie „Uniwersum” zobaczył, że choreografia pajączka to klucz do sukcesu tego filmu (oprócz dobrej postaci Hollanda) i nadał mu troszeczkę sznytu. Sekwencje walk nie są za długie czy za krótkie albo bez sensu. Prostota tutaj wygrała.

Jednak tym razem to rozwiązanie pozostaje wiele do życzenia.

Czasami widać, że twórcy uczą się na swoich błędach, ale co do rozwiązań trzymają się starych nawyków. Tutaj wykorzystano motyw „ostatniej bitwy” – która, jak zwykle kończy się dobrze na korzyść głównego bohatera. Potem się całujemy, przybijamy piątki i wracamy do domu. Nie ma w tym nic niesamowitego, niecodziennego i przewrotnego. Dlatego – podczas oglądania – polecam skupić się na tym co otacza główny wątek, niż na tym jak on się kończy. Okaże się, że to wcale nie o zakończenie chodziło.

Do tego wszystkiego – mamy dwie piękne sceny po napisach, które pokazują kierunek w jaki Marvel idzie w 4 fazie MCU. Ale to spokojnie, bo czeka nas bardzo długi okres oczekiwania na następny film, bo aż do 1 maja 2020 roku. Podejrzewam, że to „Czarną Pantere 2” będziemy wtedy oglądać. Ale to tylko domysły. A na razie nacieszmy się tym co mamy – mamy dużo czasu na powtarzanie 4 filmów z tego roku.

Ocena: Idźcie, koniecznie!

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *