recenzja,  serial

Spóźniony, ale odrobiony [MANDALORIAN]

Długo trzeba było mnie namawiać, bo jak dobrze wiecie – za tematem nie przepadam. A przynajmniej nie poświęciłam jakiejś dłuższej chwili by się w niego wgłębić. Uważam, że jest on skomplikowany, co parę miesięcy temu udowodniłam Wam w tekście – Dlaczego nie lubię Gwiezdnych Wojen. Ale „Mandalorian” to coś zupełnie innego. Nie jest prosty, ale jest logiczny. I pewnie czytaliście to już milion razy: dał nam coś, czego najbardziej potrzebowaliśmy.

Pewnie nikogo nie zaskoczę: Bejbi Yodę!

Ta słodka, niewinna i mocarna postać powstała dokładnie wtedy, gdy świat się walił. Pewien Mandalorian (Pedro Pascal) dostał zlecenie by ją pojmać i zanieść do klienta. Targany jakimś przeczuciem, odzyskuje dzieciaka. Postanawia odnaleźć jego rodzimą planetę i oddać go w ręce tych, do których należy. Nie jest to skomplikowane, prawda?

Oczywiście w okół tego jest tworzone milion innych historii i nawiązań – czy do przeszłości Mandalorian, Jedi lub Boba Feta. Wielcy i zagorzali fanatycy mają gigantyczną frajdę z odszukiwania hacków, które twórcy zostawiali w miejscach, gdzie Mandalorian bywał. A dla ignorantów będzie to coś zupełnie innego i świeżego, nie męczącego ich głów milionem informacji. Lub drugim milionem niedomówień. W fabule jest wszystko jasne i przejrzyste, a czasami nawet wyjaśniane jest za dużo. John Favreau zadbał o to by scenariusz był bardzo klarowny dla każdego typu widza. W końcu nie oglądają go tylko fani!

Skoro już jesteśmy przy scenariuszu – miałam przyjemność oglądać to cudo trochę z dubbingiem, a trochę z napisami.

I ta wersja z dubbingiem na pewno jest zabawniejsza – tam, jakby ktoś wyjął nasz dzisiejszy slang i włożył do serialu. Teksty: „ma to sens” albo „tego jeszcze nie grali” są na porządku każdego odcinka. I nie mówię, momentami serial jest zabawny wtedy, kiedy powinien być, bez tego dodatku. To pewnie John zabrał z MCU i wziął sobie do serca, bo uśmiałam się porządnie! Natomiast co do tłumaczenia Mandaloriańskiego powiedzonka: „That’s our way” na „Tak karze obyczaj” nie wypowiem się, bo nie wiem od czego zacząć.

Widać, że włożono w serial masę pracy i tonę pieniędzy. Jedną z ciekawostek to kukiełka, która grała naszego bejbi yodę. Kosztowała około 5 milinów dolarów i była kierowana przez 6 różnych osób: jeden sterował uszami, drugi oczami, trzeci rękami, czwarty nogami, piąty włosami i tak dalej! Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób ten cały zespół zgrał się by egzystować w synergii i dać produkcji to czego oczekiwano. Postać wyszła bardzo realistycznie i miała, nawet jeśli trochę opóźnione, to bardzo wiarygodne ruchy. Na pewno ułatwiło to wiele spraw, bo nie trzeba było żadnego dziecka przebierać w green screenowy strój i potem dorabiać w CGI.

I gdyby tego wszystkiego było mało, „Mandalorian” jest wyciskaczem łez.

Twórcy dobrze wiedzieli w który punkt nas nacisnąć by na chwilę zasiać falę wątpliwości. Nie dziwi mnie więc, że serial zebrał takie gigantyczne grono fanów oraz dobre oceny wszędzie, bo jest świetnie wyważony. Tam gdzie ma być sentymentalnie, jest, a tam gdzie ma być walka – jest i walka. I to dobra walka. Na szczęście – na to nie czekam – nie wrzucono żadnego romantycznego wątku, chociaż fani uwielbiają spekulować. W sezonie trzecim na pewno już będzie jakiś seks. Szkoda tylko, że Pedro Pascal zagrał może w trzech odcinkach – podobno w większości przypadków zastępowali go kaskaderzy, bo produkcja nie była w stanie zgrać grafików aktorów. A i może z trzy razy pokazał twarz.

Ale szczerze? Nie chce sezonu trzeciego. Dla mnie „Mandalorian” i jego podróż z bejbi yodą zakończyła się. I to bardzo pięknie się skończyła, wzruszającym finałem, salwą łez i skamlaniem. Dokładnie tyle samo wyciśnięto z tego formatu i tej fabuły, reszta to już będzie zdecydowanie za dużo. Podarowano nam najsłodszą, najcudowniejszą postać w dziejach, nie można tego zepsuć!

Ocena: polecam!

Źródło zdjęć: elle.com, garnnet-cd.com