felieton,  serial

[TRZYNAŚCIE POWODÓW 4] Terapia wstrząsowa

Obserwowaliśmy rozwój tego serialu od dobrych 3 lat i każdy, dosłownie każdy, jest w stanie przyznać mi rację – nie jest dobrze. Cudowny początek zastąpił bardzo słaby środek oraz rozczarowujący koniec. Netflix postawił sobie za punkt honoru dać serial, który rozpoczyna dyskusję i lekko naucza, pogłębiając świadomość nastolatków w temacie konsekwencji ich ryzykownych czynów. “Trzynaście powodów” nie zostało orędownikiem tłumów jak “Sex education”, a jakimś thrillerem z nastolatkami w roli głównej. A to chyba nie tak miało wyglądać.

Pisałam o trzecim sezonie rok temu tutaj.

Świetny początek serialu o historii Hanny Baker i jej kaset otworzył wielu osobom oczy. Bycie nastolatkiem nie jest łatwe, a czasami może się okazać śmiertelne. Po obejrzeniu czterech sezonów mam wrażenie, że „przetrwanie liceum” graniczy z cudem. A bycie nastolatkiem to najgorszy i najbardziej wymagający okres w naszym życiu, w którym kształtujemy swoją osobowość i pozwalamy jej się rozwijać. Jeśli jednak coś pójdzie nie tak, będzie najbardziej bolesnym okresem naszego życia, którego cienia nie będziemy mogli się pozbyć nigdy. Od niego wszystko zależy. A myślę, że z perspektywy psychologicznej wcale tak nie jest.

Czwarty sezon traktował o zaburzeniach psychicznych i uzależnieniu od narkotyków. Główny bohater bardzo obrazowo przeżywa swoje problemy z lękami i depresją, co twórcy ukazują za pomocą wręcz horrorowych zabiegów. On i jego przyjaciele non stop rozmawiają ze swoimi kolegami zza światów, mają widzenia i wręcz żyją wśród duchów. Żadno z nich nie da o sobie zapomnieć. Tajemnica morderstwa Bryca Walkera nadal podąża ślepo za bohaterami.  Dziwne napięcie rośnie wraz z odcinkami które finalnie zostaje przez twórców rozmyte, we wręcz niezauważalny sposób. Ktoś przybija sobie piątkę, mówi, że dobra, nic się nie stało i idzie sobie dalej.

Potem bardzo szybko twórcy “Trzynaście powodów” przeskakują do śmierci jednego z głównych bohaterów, zapominając w ogóle o jakimkolwiek innym temacie, który poruszyli.

Problemy Claya czy Jessici zostały rozwiązane niby poprzez rozmowę. A to ciekawe – bo bohaterowie praktycznie ze sobą nie rozmawiają, nie ufają sobie, nie mówią sobie nic przez cały sezon, pokazując – jak to nasze komedie romantyczne – że przecież każdy problem da się rozwiązać bez zbędnego gadania. Oczywiście, nikt nie szuka pomocy podczas swoich „widzeń” czy lęków. Mam wrażenie, że zostaje to zbagatelizowane, by pokazać, że nastolatkowe są zawsze bardzo uparci i nigdy nie próbują szukać pomocy.

Końcówka rozczarowała. Ta śmierć na końcu była totalnie niepotrzebna nikomu, co niestety sprawiło że zakwalifikowałam ten finał do jednego z najgorszych finałów w historii Netflixa. Oczywiście nic nie równa się z finałem „Gry o Tron” z tamtego roku, ale tym jestem bardzo podobnie rozczarowana. Cieszę się natomiast, że każdy z bohaterów finalnie zaznał spokoju i może wyruszyć w swoje nieznane.

Niestety twórcy bardzo na siły wyprodukowali te cztery sezonu dając nam tym samym średnie widowisko. Byłam zachwycona formatem z początku i przekonana, że te wszystkie rzeczy, które spotykają naszych bohaterów mają jakiś sens. Ale jak się okazało nie miały żadnego. Ilość kuriozalnych sytuacji z jakimi się zmagali była zdecydowanie za duża, jak to jest w rzeczywistości. Więc trudno jest uwierzyć w te wszystkie wątki i te rozwiązania, które podano takiemu typowemu nastolatkowi. Nie ma to żadnego przełożenia na prawdziwe życie.

Bardzo ważne jest mówienie o tych przypadkach i myślę, że w tym temacie serial się sprawdził.

Przez cztery sezony “Trzynaście powodów: poruszyło większość sytuacji, z którymi mogą zetknąć się nastolatkowe, a które mogą ich przerosnąć. Wywołał wymierną dyskusję, przynajmniej od drugiego sezonu, ale pokazywał nam różne podejścia do różnych sytuacji. Mimo wszystko jego realizacja była na wysokim poziomie – aktorzy, kostiumy, montaż – spełniły swoje funkcje. Dały nam serial bardzo dobry pod względem technicznym, ale niestety słaby merytorycznie.

Dlatego cieszę się, że “Trzynaście powodów” się już skończyło i wszyscy Ci, którzy walczyli o przetrwanie przez cztery lata liceum mogą odetchnąć z ulgą. To już koniec. Ja też biorę wdech i wydech, bo aż się zapowietrzyłam po finale. Nie mogę uwierzyć w ten splot, zupełnie oczywiście przypadkowy, wydarzeń. Pamiętajcie: prawdziwe życie nie jest aż tak zakręcone, jest gorzej.

Żartowałam, jest super.

Ocena: dajce sobie spokój

Źródło zdjęć: filmweb.pl