felieton,  serial

[UNORTHODOX] Cena wolności wyboru

Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłam w telewizji serial o uciekających ze swoich społeczności młodych Amiszach. Z osad, które nie mają dostępu do prądu, do bieżącej wody ani kanalizacji, tylko dlatego, że takie mają przekonania. A potem przypomniałam sobie, jak ojciec opowiadał mi o mężczyznach, którzy chodzą w dziwnych czapkach po ulicach Brooklynu. Bo tak chcą. Kiedy tam był, nie wiedział kim byli ani dlaczego akurat w 30 stopniowym upale przyodziewali długie, czarne płaszcze i skórzane czapki, zapuszczali pejsy i patrzyli na Ciebie spode łba, ale dzisiaj dowiedzieli się tego wszyscy. Serial „Unorthodox” dał nam na chwilę wejść tam, gdzie dotychczas nie miał nikt wstępu.

Dokładnie na okolice Williamsburga na nowojorskim Brooklinie.

Stare kamienice, bloki z lat 70 XX wieku. Mieszka tam ludność społeczności Satmar – ortodoksyjnych żydów, którzy przyjechali do Nowego Jorku z Węgier, by odtwarzać swój wybity przez Hitlera lud w trakcie II Wojny Światowej. Teraz jest to najliczniejsza grupa chasydzka na świecie, licząca ponad 65 tysięcy osób. Odrzucili wszelkie prawa współczesnego świata i postanowili żyć po swojemu w największym mieście USA. Nie korzystają z Internetu, nie oglądają współczesnej telewizji, ich głównym językiem jest jidysz, a skomplikowane zakazy i nakazy, przykazania i tradycje są nie do podrobienia.

W środku tej społeczności urodziła się Deborah Feldman – teraz popularna pisarka, blogerka, której udało się z niej wyzwolić. Ten cały proces opisała w swojej książce: Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów. I na jej podstawie Netflix i Maria Shrader nakręcili serial. 4 odcinkowa seria opowiada o zmaganiach Esther Shapiro – młodziutkiej dziewczyny, która urodziła się w społeczności Satmar, ale od zawsze uważała się za inną niż jej koledzy i koleżanki z tego samego bloku. Wychowywana przez babcie i ciotkę, próbuje dostosować się do panujących reguł społeczności, więc w wieku 17 lat zostaje wyswatana i wydana za Jakoba. To z nim ma założyć rodzinę. Jednak w czasie okazuje się, że ta przyszłość którą ma z nim stworzyć wcale jej nie interesuje. Ona chce więcej, chce spełnić swoje marzenia, grać na pianinie. I mimo, że totalnie nie ma pojęcia jakimi prawami rządzi się świat poza społecznością, postanawia uciec. Nie bierze ze sobą nic oprócz pliku pieniędzy, jednej sukienki i paszportu. Trafia do Berlina, gdzie czeka na nią prawdziwe życie, w którym może wszystko.

Serial ujął mnie swoją nieprawdopodobną wrażliwością.

Nawet jeśli nie mamy zielonego pojęcia o tym kim są i co robią chasydzi, to od pierwszych minut wcale nie pałamy do nich nienawiścią, po prostu ich nie rozumiemy. Ale autorki scenariusza prowadzą nas przez tą społeczność tak, by nas zbytnio nie zaszokować. Krok po kroku przeprowadzają widzów po dziwnych, acz robiących wrażenie, tradycjach społeczności Satmar. Jesteśmy świadkami przepięknego ślubu, obiadów, Szabasu czy wielu modlitw w wykonani członków grupy. Patrzymy na ich niecodzienne stroje, zachowania oraz przekonania. W tak zamkniętych klikach brak powietrza dla osób, które chcą czegoś więcej aniżeli małżeństwa i dzieci. Esther wychowywano raczej na posłuszną dziewczynę, ale ta od początku wyróżniała się na tle wszystkich. Już na początku jesteśmy w stanie zauważyć, że nie jest podobna do swoich rówieśniczek. Wszystko jej się wydaje nie takie jak powinno być, chociaż sama nie wie jakie jest naprawdę. Jej charakter, mimo, że tłumiony, w końcu wydobywa się na wierzch i uwalnia gdy zaczyna mieszkać i żyć w Berlinie.

Twórcy lekko odbiegli od autobiografii Debory Feldman i stworzyli Esther. Dziewczyna jest niezwykle zdeterminowana by dostać dokładnie to, czego chce. Shira Haas w tej roli jest iście fenomenalna! Jej nieśmiałość i delikatności jest wyczuwalna w każdym ruchu warg i skroni. Nawet gdy mamy do czynienia z nią podczas bycia członkinią Satmar, jesteśmy pewni, że dziewczyna nie cofnie się przed niczym by spełnić swoje marzenie o wypełnieniu swoich powinności. W końcu przecież, trzeba przywrócić życie prawie 6 milionom Żydów. Jednak Esther potem się zmienia, postanawia, że nie chce wcale tak żyć. Widzi, że tu jest coś nie tak, coś się nie zgadza i to poważnie. Miałaby nigdy nie zaznać miłości, nigdy nie spełniać marzeń, nigdy prawdziwe się nie móc cieszyć, tańczyć i grać? Rola dziewczyny była bardzo złożona i skomplikowana do zagrania. Shira dała z siebie wszystko, pokazując nam na ekranie połączenie niewinności z odwagą, delikatności z uporem. Do ostatnich chwil nie byłam też pewna, czy dziewczyna przypadkiem nie wróci do domu z mężem. Do ostatniej chwili trzymałam kciuki, by tego nie robiła. I pewnie nie dlatego, że tak bardzo chciałam by uciekała z tamtego świata, i dała się ponieść temu co mamy w okół siebie. Nasz świat nie jest najlepszy. A to jak się czujecie teraz, zamknięci w czterech ścianach? Ja się może nie czuje tak jak Esther, ale na pewno odczuwam wielkie braki. Ona, mimo, że totalnie nie wiedziała co, to czuła, że czegoś jej brakuje. I dokładnie tak jak mi teraz, Esther brakowało wolności wyboru. A jej ceną było odrzucenie tego wszystkiego co znała dotychczas, całej swojej spuścizny, tradycji, przyzwyczajeń, a nawet i Boga.

Chwycono nas totalnie za serca!

Bo wszystko się tutaj zgadza, wszystko jest takie namacalne i autentyczne. Nie tylko Shira była świetna, ale dopracowanie tego całego widowiska w najmniejszych szczegółach. Postarano się o bardzo rozbudowaną, dokładną scenografie. Nie tylko mieszkań, ale także otoczenia społeczności Satmar. To jak byli ubrani! Najwięcej kosztowało producentów ubranie wszystkich statystów podczas ślubu pary młodej. Każdy z mężczyzn miał idealnie pokręcone, zapuszczone pejsy i uszyte skórzane czapki (te w serialu, były zrobione z futra ekologicznego, więc przy tworzeniu nie umarła żadna biedna norka) i charakterystyczne płaszcze. Dzięki twórcom mogliśmy tych tajemniczych Panów chodzących po ulicach Williamsbourga obejrzeć sobie z bliska, posłuchać ich przez chwilę. I chociaż totalnie nie zgadzamy się z 80% ich twierdzeń, to mogliśmy przynajmniej spróbować ich zrozumieć.

Mogłabym ten serial oglądać w totalnej ciszy, tylko z lekkim akompaniamentem pianina. Mogłabym się wsłuchiwać i przypatrywać historii Esther jeszcze wiele razy, gdyby ktoś nadal ją robił z takim rozmachem i sercem. Dawno nie zachwycił i wzruszył mnie tak żaden serial. Przez 4 godziny wpatrywałam się w niego bez przerwy, ani razu nie patrząc na ekran telefonu, ani nie podjadając w ukryciu, co i Wy podczas oglądania też zrobicie.

Ocena: trzeba!

Źródło zdjęć: filmweb.pl