recenzja,  serial

[W GŁĘBI LASU] Demony przeszłości powracają

Zauważyliście na pewno, że Internet oraz krytycy nie huczą o niczym innym a o nowych serialach. W czasach, gdy zabrano nam kinowe premiery, trudno recenzować nowe filmy.. Dlatego też Oskary zostały przełożone na kwiecień przyszłego roku by dać szansę wszystkim się w nowym roku zaprezentować. Już niedługo! Tymczasem Netflix częstuje nas kolejnym serialem zrobionym przez Polaków. „W głębi lasu” to kryminał i to nawet całkiem niezły.

Przenosimy się do 1994 roku i letniego obozu licealistów.

Paweł, Artur, Kamila, Laura, Daniel, Monika i inne dzieciaki bawią się świetnie, korzystając z uroków natury. Pewnej nocy, Paweł z Laurą wymknęli się z obozowiska do lasu by załatwiać swoje sprawy i nagle usłyszeli krzyki. Pędem wrócili do domków, gdzie okazało się, że pozostała czwórka – Artur, Kamila, Daniel i Monika zaginęli. A znaleziono tylko dwa ciała, gdzie więc podziała się reszta? Tę tajemnice postanawia rozwikłać 25 lat później Paweł – już Prokurator Okręgowy Warszawy Śródmieście. Pewnego wieczoru dzwoni do niego detektyw z ciekawą informacją – znaleziono ciało Artura, tym razem martwe, ale 25 lat starsze i pod innym nazwiskiem. Wszystkie demony przeszłości wracają, a wraz z nimi Laura, Pan Dyrektor, wspomnienie matki, ojca i coraz bardziej prawdopodobna możliwość, że siostra Pawła, Kamila, żyje.

Serial został stworzony na podstawie książki Harlana Cobena o tym samym tytule. Natomiast tam akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych. Twórcy – ATM Group oraz Instytut Sztuki Filmowej przetransferowani całą książkę na polskie warunki. Nie do końca wyszło idealnie, ale przynajmniej zaryzykowano. Netflix w końcu kupił prawa do 13 powieści Cobena, więc postanowił zacząć od Polaków. Ci natomiast fabularnie średnio sobie poradzili. Dla mnie było zbyt chaotycznie i trochę pod koniec zostało to przekombinowane. W przypadku kryminałów nie przyciąga zagadka sama w sobie, a budowane w okół niej napięcie. Polacy mają w zwyczaju wykorzystywanie dostępnej amunicji w całości na samym początku walki – tak też w tym serialu zrobiono. Byłam podekscytowana dokładnie do trzeciego odcinka, a później obserwowałam migające na ekranie zdarzenia. Próbowano wykorzystywać retrospekcje, by podsycać ciekawość widza, ale to się w końcu nudzi. Czuć, że ta historia, która odgrywa się te 25 lat temu jest już mocno zjełczała. Najciekawsze było to, co się działo tu i teraz. Finał także mocno zawiódł.

“W głębi lasu” za wykonanie zdobyło te wszystkie pochlebne zagraniczne recenzje.

Bardzo ładne zdjęcia, wykorzystane plenery, montaż, przejścia i zbudowany mroczny klimat. Bartosz Konopka i Leszek Dawid to reżyserzy ze średniej półki, promowani przez ATM Studio. Bartek robił serial „Pod powierzchnią” dla TVNu i to do niego wyłapałam masę podobieństw. Ekspozycja, budowanie postaci, przejścia czy zbliżenia wyszły prawie identycznie! Momentami idzie się pomylić, jeśli dobrze się nie przypatrzysz. Niestety Panowie polegli przy klimacie.

Lata 90 to często wykorzystywany motyw w ostatnich produkcjach nie tylko Netflixa, ale wszystkich. Bardzo łatwo można zbudować „wrażenie według lat 90”, więc nie wiem czy zabrakło w tym wypadku budżetu czy trochę pomyślunku? Brakuje mi w „W głębi lasu” jakiejś wisienki na torcie, która mówiłaby samo przez się, że to środek lat 90, Polska. Bohaterowie nie mieli na sobie jakiś wyraźnych kostiumów, nie posiadali żadnego gadżetu. Raz widziałam wielkie słuchawki, które w sumie o niczym nie świadczą i słuchałam jak nieudolnie śpiewają jeden z ówczesnych hitów. Postać Moniki miała pokarbowane włosy, które równie dobrze były też modne w 2001 roku. Każdy z nich na zdjęciu grupowym wyglądał jak dzieciak czy to z 2004 czy z 2011. To samo z czasem teraźniejszym. Paweł się postarzał, Laura też, ale nie wyróżnia te czasy nic innego – oprócz iPhonów – żebym mogła jednoznacznie powiedzieć, że mamy 2019 rok. Warszawa jest raczej mdła, kostiumy bez sensu i nudne, uczesania od czapy. A najgorsza z całego towarzystwa jest fryzura Grochowskiej. Nie wiem kto to wymyślił by tak pięknej kobiecie robić ombre na całej długości (halo, to jest trend 2009) i jeszcze je jakoś karbować.. przecież to się kupy nie trzyma. Do tego ubierano ją w jakieś ciuchy mojej ciotki z lat 60, i to PRL. Moja babcia Stanisława ubiera się bardziej elegancko w wieku 90 lat, serio.

Wiem, że to był zabieg, który miał na celu skupienie całej naszej uwagi na głównej zagadce. Dlatego mdłe tło ratuje sytuacje, bo faktycznie przy tym się ona wybija. Pomagają fajne ujęcia i budowa postaci. Te są wielowymiarowe, ukazano ich ciekawe, różne oblicza. Grzegorz Damięcki w niektórych scenach zachwyca, a w niektórych miałam na twarzy lekki grymas. Momentami jego wzrok błądził, a między nim a Grochowską nie czuć było żadnej chemii. Czekało się niby na moment, gdy się w końcu zejdą, ale nie było między tym żadnego napięcia. Do tego na drugim planie wrzucono jeszcze Pazurę, w roli krwiożerczego dziennikarza w wątku kontrowersyjnej ostatniej sprawy Pawła, który jedynie przeszkadzał. Myślałam, że Czarek już dawno stracił to coś (przez YouTuba) ale nadal je ma!

Serial jest bardzo miły dla oczu.

Możecie być zachwyceni tymi wszystkimi ujęciami, przez co zapomnicie, że “W głębi lasu” w ogóle rozgrywa się w dosyć nieudolny sposób. Nie wiem o co chodzi, bo przecież Polacy w dramaty kryminalne są całkiem nieźli. Tutaj Konopka i Dawid mają problem z budowaniem autentycznego napięcia, przed którym widz nie potrafi uciec, pragnie tylko więcej. Po finale nie odczuwam ulgi. Czuje duży niedosyt i do tego wszystkie rozczarowanie! A przecież historia się rozwiązała, poznano prawdę, a ja mam wrażenie jakby było w tym wszystkim jakieś drugie dno. Nie da się natomiast ukryć, że jest on o niebo lepszy od „1983” – pierwszego polskiego serialu Netflixa. Ma potencjał, którego poprzednik w ogóle nie miał nawet w połowie.

Ocena: dla sportu możecie obejrzeć

Źródło zdjęć: filmweb.pl