film,  recenzja

[W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT] Pierwszy Polski slasher nie taki zły

Nie lubię horrorów. I podejrzewam, że nie umiem ich recenzować. Ale prosiło mnie o to parę osób, więc podjęłam wyzwanie i w piątek wieczorem obejrzałam to cudo. Wszystko dzięki temu, że jesteśmy totalnie zamknięci w domach, kina nie działają, a Netflix był miły i dzieło Bartka M. Kowalskiego wrzucił do siebie na platformę. A my, totalnie znudzeni już oglądaniem po raz piąty „Na Wspólnej”, pieczeniem chleba, kupowaniem papieru toaletowego i przeglądaniem setny raz Instagrama, nacisnęliśmy play. Bo umówmy się – raczej nie poszlibyśmy na to do kin.

Historia slasherów jest prze ciekawa.

W teorii jest jednym z najstraszniejszych typów horrorów, jednak w praktyce może wyjść bardzo śmiesznie. Gatunek wywodzi się z lat 80 XX w., w których zrobił furorę. Towarzyszy mu wszystkim dobrze znany schemat, który poznajemy i uczymy się po obejrzeniu przynajmniej dwóch tytułów z formatu. Nie ma za zadanie być niewiadomo jak innowacyjny, ale ma zaskoczyć widza ciekawymi zwrotami akcji czy kolorowymi scenami mordów. W slasherach nie ma miejsca na przewrotne rozwiązania fabularne, ani rozwinięcia postaci, które za chwilę zginą. Tam trzeba kombinować jak bardziej spektakularnie kogoś zabić, by widzowi adrenalina podchodziła do gardła, a ściskana podczas seansu poduszka przypadkiem pękła. W tej kategorii królują: „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Piątek trzynastego” czy „Krwawy odwet”.

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” to pierwszy slasher i horror w naszym kraju. W ogóle w Polsce nie ma kultury robienia dobrych filmów, które mrożą krew w żyłach. Było może z parę tytułów, ale zaliczyły one totalne klapy i wszyscy chcieli o nich tylko i wyłącznie zapomnieć. Dlatego, nie będę ich tutaj wspominać. Ale Bartek M. Kowalski postanowił wyjść przed szereg i wypróbować nowy format w polskiej kinematografii oraz wziął do projektu Julie Wieniawę-Narkiewicz, która już sama w sobie jest emocjonująca. Gwiazdka nie słynie z niesamowitego talentu aktorskiego. Szczerze, to wole ją gdy śpiewa niż jak gra, ale niech będzie. Dziewczyna się spełnia w tym wszystkim co robi, a mimo bardzo młodego wieku radzi sobie nieźle. Podjęła się zagrania totalnie nowego typu roli i wcale nie byłam nią zniesmaczona. Przynajmniej przez większość czasu.

W filmie mamy do czynienia z grupą nastolatków uwięzioną w lesie na obozie „bez Internetu”.

Takie to teraz modne zabierać wszystkim telefony i uczyć realiów. Tak też spotykają się w jednej grupie campingowej – nerd Julek (Michał Lupa), który jest popularnym gamerem; Daniel (Sebastian Dela) – typowy koleś z bloków, Aniela (Wiktoria Gąsiewska) – frywolna, blond nastolatka; Bartek (Stanisław Cywka) – ukryty gej oraz Zosia (Julia Wieniawa), typowa outsiderka. Ich opiekunką jest zapalona podróżniczka i wędrowniczka Iza (Gabriela Muskała), która chce nauczyć dzieciaki radzenia sobie bez wirtualnej rzeczywistości. Wchodząc do wielkiego lasu, grupka nie spodziewała się tego, co tam zastaną – w środku mieści się dom, w którym matka ukrywa swoich krwiożerczych synów. Ci w końcu zabijają ją i wychodzą na wolność, poznając uroki lasu i naszą wesołą gromadkę.

Nie będę tutaj oceniała fabuły. Wszyscy wiemy – większość ginie i to w złych warunkach. Sposoby ich zabijania nie wybijają się jakoś przed szereg, jeśli chodzi o wykonanie. W większości przypadków byłam całkiem zaskoczona kijami, które wychodziły z ich głów czy nawet obcinanymi głowami. Historia bliźniaków i tego jak stali się krwiożerczą zwierzyną nie była zbytnio wciągająca, raczej utkana z jakiś bajek z dzieciństwa scenarzystów. Gdyby Bartek chciał bardziej przyciągnąć uwagę widza, mógł lekko przyśpieszyć akcję. Ta momentami ciągnie się, bo próbowano lżej podawać wszystko na tacy. Rekwizyty wyglądały zaskakująco dobrze, a postacie miały porządne charakteryzacje. Wcale nie było widać, ze ktoś wziął sztuczną krew i rozmazał ją wszystkim na czołach. Tam to wszystko tryska i to czasami z miejsc, których normalny człowiek nie spodziewa się jakichkolwiek cieczy. Te elementy zostały bardzo dopracowane. Jeśli planowaliście jeść przy tym filmie, a nie lubcie jak coś się komuś wycina – zjedzcie wcześniej. Zaoszczędzicie sobie bieganiny do toalety i z powrotem, bo niektóre sceny nie są zbyt smaczne.

Wszystko jest w filmie nie logiczne, ale to jest normalne i typowe.

No bo przecież – po co one właziły do tego opuszczonego domu, skoro widzą, że wszystko tam raczej umarło? Albo do tej dziury wracały po ten telefon, wiedząc, że ten potwór na pewno zdąży ich zabić/ związać/cokolwiek? Slasher nie trzyma się ludzkiej logiki i sztuki przetrwania. Tam raczej chodzi o to, by bardziej emocjonująco dać się zabić. Wtóruje mu muzyka, której daje solidną piątkę z plusem! Odpowiedzialny Radzimir Dębski poradził sobie bardzo dobrze, tworząc prawdziwą atmosferę mrożącą krew w żyłach. Udźwiękowienie filmu jest na bardzo dobrym poziomie i wtóruje swoim amerykańskim kolegom.

Trudno w slasherach oceniać kogokolwiek grę aktorską. Julia Wieniawa, jak na siebie, zagrała bardzo płynnie i dobrze, bowiem nie miała wielu kwestii do powiedzenia. Przynajmniej do pierwszych 30 minut w ogóle się nie odzywała, jedynie grając wzrokiem i mową ciała, a dopiero później do swoich towarzyszy jedynie krzyczała. Jednak była to zupełnie inna rola, z którą musiała się zmierzyć. I nawet jestem całkiem zadowolona z jej występu, bo zagrała dokładnie tak dobrze jak warto zagrać w takim filmie, który ma za zadanie skończyć się krwawo. Czy przeżyła czy nie, to już nie będę Wam spoilerować. Reszta natomiast spisała się na taką trójkę. Byli niestety płytcy, powierzchowni i zbudowani na wyciągniętych z Internetu stereotypach. Zaskoczył mnie jedynie ksiądz w mokasynach od Gucciego, odprawiający błogosławieństwo, który potem chciał jednego z bohaterów uwięzić, do praktyk erotycznych. Tak jak 5-minutowa rola zapalonego Wojtka Mecwaldowskiego, z mistrzowskim wypowiadaniem „r” i antyinternetową propagandą podejrzewam, że spodobała się wszystkim widzom.

Oczywiście do kin bym nie kazała Wam na to iść. Ale warto zobaczyć jeden z lepszych – uwaga – ale ogólnie to nie najlepszy – polski horror. Innego na tym poziomie nie uświadczycie i tak na polskim ogródku. Generalnie slashery nie należą do filmów, które ocenia się w jakiejś skali przydatności artystycznej albo merytorycznej. Ma on cieszyć i bawić tych, którzy dla funu i przyjemności oglądają zabijanie ludzi, w różnych sekwencjach. I to się powiedzmy udało.

Ocena: gdy człowiek zamknięty w czterech ścianach, to tylko to mu w życiu pozostaje

Źródło zdjęć: filmweb.pl