recenzja,  serial

[WHITE LINES] Co się dzieje na Ibizie, zostaje na Ibizie

Wakacyjny klimat na Netflixie – ciąg dalszy. Platforma nie daje nam zapomnieć o tym, że w tym roku urlopu pod palemkami nie będzie. Więc w najnowszych produkcjach wysyła nas myślami do jakiś typowo rajskich krain. Dzisiaj na tapecie – Ibiza. Jedna z najbardziej imprezowych wysp, dryfujących przy Europie. Hiszpanie lubią nazywać ją – Sodomą, bo co się dzieje na Ibizie, zostaje na Ibizie. I to dosłownie. Zbadał to pewien Anglik z Manchesteru, o którym 20 lat temu słuch na tej wyspie zaginął, a teraz jego siostra próbuje ten słuch odnaleźć.

„White lines” to serial twórców takich kasowych hitów jak „Dom z papieru” czy „The Crown”.

Nie dziwne więc, że miał duży potencjał. Zoe dostaje nagle telefon od hiszpańskiej policji, że znaleziono zwłoki jej brata. Pamiętając swoją traumę po jego zaginięciu, postanawia w końcu poszukać odpowiedzi i dowiedzieć się co się wydarzyło naprawdę. Jedzie w tym celu na Ibizę – na wyspę, na którą uciekł jej brat Axel wraz z czwórką przyjaciół – Davidem, Anną oraz Marcusem – by tworzyć muzykę, pić, ćpać i cieszyć się życiem. Zoe kawałek po kawałku odkrywa tajemnice swojego brata, dowiadując się o nim niewyobrażalnych rzeczy. Lista potencjalnych morderców staje się wyjątkowo długa. A przy okazji sama wplątuje się w porachunki niektórych swoich starych znajomych, poznaje nowych, lata z harpunem, atakuje ludzi biczem wodnym i odgrywa istną hiszpańską telenowelę na naszych oczach.

Trudno też określić jakim gatunkiem posłużyli się twórcy pisząc scenariusz. Nie jest to kryminał, bo ma w sobie trochę elementów komediowych, nie jest to żaden romans ani komedia kryminalna. Nie jest łzawy, więc nie jest melodramatem, a elementów dramatu jest tam momentami naprawdę niewiele. Wymieszano w nim bardzo dużo rodzajów fabularnych oraz elementów, które mogły tworzyć jedną całość, ale w tym wypadku się całkowicie wymijają. Wątkiem głównym jest poszukiwanie mordercy Axela. Jak bohaterom idzie to świetnie do jakiegoś 4-5 odcinka, tak później ten wątek schodzi ostro na bok, dając upust teraźniejszym porachunkom. I niczym w „(Nie)Znajomych” patrzymy jak ludzie siedzący razem przy stole niszczą się i plują na siebie. Dopiero w ostatnim odcinku dostajemy na tacy rozwiązanie całej zagadki, ale nie sprawia to nam żadnej satysfakcji.

Serial jest bardzo ładnie nakręcony.

Kadry, przybliżenia, slow motion – wykorzystano w nim bardzo dużo nowoczesnych technik montażu. Sprawiają one, że wydobyty z tego obraz podoba się naszym oczom. To jest po prostu estetyczne. Szkoda tylko, że zamiast na Ibizie, kręcono na Majorce. Przez to, niektóre plenery zostały lekko poprawione w postprodukcji, a pełnych lokalizacji się raczej tutaj nie pokazuje. Wiadomo dlaczego. Odcinki są bardzo nierówne – te zahaczające o wątek główny są całkiem niezłe, natomiast te, które opowiadają o jakiś narkotykowych porachunkach nie trzymają się kupy. Już nie wspomnę o elementach telenoweli. Wiadomo, wszyscy ze sobą spali za młodu, a siostra Axela najwyraźniej musi nadrobić czas, który w młodości nie wykorzystała, więc daje sobie… malować stopy.

Jak już jesteśmy przy Zoe, to właśnie ona przysporzyła mi najwięcej irytacji podczas oglądania serialu. Laura Haddock nie była najlepszym wyborem do tej roli – mglista, wielokrotnie nieobecna, drewniana i taka… nijaka postać. Moim zdaniem byłam trochę też średnio napisana. Tak się nie zachowuje 36-latka, która szuka odpowiedzi na temat morderstwa brata, tylko jakaś niewyrośnięta nastolatka. Zresztą, bohaterka wielokrotnie zapominała po co w ogóle tam przyjechała, tworząc z tego jakiś taki moment odrodzenia. Twórcy chcieli chyba to na siłę tam wcisnąć, by pokazać, że nawet po tylu latach wiele rzeczy może się zmienić. Wyszło to bardzo sztucznie. Tak jak też reszta kreacji aktorskich. Najbardziej jednak podobał mi się Tom Rhys Harries występujący w retrospekcjach jako Axel. Widać, że miał koleś dużo do opowiedzenia i do zagrania. Nie była to łatwa rola, biorąc pod uwagę wszystkie różnice czasu i osobliwe zachowanie ludzi pochodzących z Manachesteru (nie, nic do tego nie mam). Podobał mi się także twardziel Boxer w wykonaniu Nuno Lopesa.

Fajne początki serialu, niestety zostały zastąpione wieloma kliszami.

Dano nam tylko przez chwilę żyć w napięciu w związku z głównym wątkiem, a potem próbowano nas zmusić do śmiania się z naszych bohaterów. Dlatego też serial jest nierówny – z jednej strony poważny, z drugiej udający amerykańskie komedie kryminalne. Co wyszło bardzo średnio. Jeśli śmiejemy się z romskich narkobosów, to róbmy to z gracją. Natomiast nie róbmy z tego wątku rozciągniętego na 10 odcinków, do jasnej ciasnej! Tak też, z małym bólem, ale trochę straciłam czas. W wielu momentach serial jest nawet zdatny do czegoś, ale myślę, że drugiego sezonu – teraz już poważnie – nie będzie.

Ocena: darujcie sobie

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Obejrzycie na Netflixie.