recenzja,  serial

[WIEDŹMIN] daleko od ideału, ale blisko serca

Andrzej Sapkowski, swojego czasu sprzedał za jakieś marne pieniądze prawa autorskie do swojej sagi pewnemu fanatycznemu programiście gier. Myślał pewnie, że to nic z tego nie będzie, a typ zarobi na tym 5 złotych. Gra osiągnęła światowy sukces, koleś zarobił miliony. Nie dziw więc, że Netflix, patrząc na koniec „Gry o Tron” zamarzył o zajęciu tego ciepłego miejsca u wszystkich fanatyków fantasy, graczy oraz Polaków, i kupił (już nie wiadomo za ile) prawa do sagi od Sapkowskiego. W 2017 roku oficjalnie ogłoszono, że prace nad serialem ruszyły. Czekaliśmy z zapartym tchem, z nadzieją i trzymaliśmy kciuki. Jak wyszło?

Po rozczarowującym finale „Gry o Tron” fani fantasy oraz Ci, którzy podejmowali się oglądania serialu, bo cenili efekty specjalne (ja) chcieli sobie czymś wypełnić powstałą lukę.

Wszyscy wiedzieliśmy, że twórcy serialu – Platige Image, Netflix oraz Sean Daniel Company – nie mogli sobie wybrać lepszego momentu na premierę. Nie mogliśmy się jej doczekać. Do tego doszli fani gier czy sagi Sapkowskiego, którzy przed laty (lub nawet teraz) czytali książkę i nie mogli się doczekać porządnej ekranizacji. Bo film nakręcony w 2001 przez Marka Brodzkiego to nic fajnego, jedynie dowód na to jak Polacy nie potrafią robić fantasy. Dzisiaj kolega – Tomek Bagiński ze swoim studiem Platige Image – udowadnia, że się da i da się to zrobić dobrze. Chociaż do ideału brakowało, uważam, że wszyscy włożyli bardzo dużo serca w produkcję serialu, co widać, słychać i czuć w każdej jego minucie. Fani to docenią, ale najpierw sobie ponarzekamy.

Historia Wiedźmina – Geralta z Rivii – jest mniej więcej tak samo skomplikowana jak wszystkie rodzinne niesnaski u Tolkiena, czy we wspomnianej już dwukrotnie „Grze”. Niestety od tej ostatniej i porównań do niej twórcy nigdzie nie uciekną, bo jak na złość, w każdym komentarzu na Facebook’u widzę zdania, które się tak niefortunnie zaczynają. Ale ja uznam, że to jest ideał, którego nie da się doścignąć. A tworzenie i ekranizowanie fantasy to po prostu bardzo trudna rzecz.

A za tym gatunkiem nie każdy przepada. Ja nie czytałam książek, nie widziałam filmu (o zgrozo!). Podjudzana przez opinię publiczną, Instagrama, kolegów recenzentów i całe społeczeństwo, nie mogłam się doczekać, by to zobaczyć. Zajawki i zwiastun wyglądały dobrze. Gdy nadszedł 20 grudnia, chyba wszyscy zasiedliśmy do telewizorów, nacisnęliśmy play by zobaczyć, co z tego tak naprawdę wyszło.

Od razu powiem: źle nie jest!

Ale na pewno nie jest to serial, który stoi obok historii Królowej Smoków. Pretenduje, ale został daleko w tyle. Można to oczywiście zobaczyć po liczbach – bo całość kosztowała Netflixa 5 milionów dolarów, a HBO na jeden odcinek potrafiło wydać skromne… 11 milionów. Różnica jest gigantyczna, co widać w efektach specjalnych, scenografii czy kostiumach. Dużo osób zauważyło, że parę miejsc wygląda trochę plastikowo i papierowo, a mury to nie są prawdziwe mury. Ale nie przesadzajmy! Jeśli widzieliście kiedykolwiek „Koronę Królów” zauważycie, że tragedii nie ma. Jest parę momentów, w których peruka Geralta wygląda bardzo sztucznie, walka przypomina starcie kolegów z klasy, a rynek miasta dwa domy na krzyż. Pewne plenery są widocznie dorobione w CGI, gdzie grafika nie ustępuje grafice z gry. Może to było zamierzone, ale dla mnie jest lekko niesmaczne. Nie podobają mi się także niektóre potwory i ich twarze komputerowo animowane. Magia, zamki czy bitwy nie są najlepsze, ale można o nich łatwo zapomnieć.

Serial fabularnie od początku startuje z kopyta. Żaden laik nie dostaje wstępu do Kontynentu, tylko powoli się go uczy idąc za bohaterami. Jest to zabieg zamierzony, bo można by i całe parę odcinków stracić na tym by wyjaśniać wszystkie zależności pomiędzy rasami, elfami i ludźmi. Następnie jesteśmy wrzucani do chronologicznego wiru. Scenarzyści ciągną trzy wątki naraz, ale każdy z nich toczy się w zupełnie innym czasie. Oglądając możesz dostać oczopląsu, ale później wszystko się składa w jedną całość. To jest chyba najlepsze co mogła zrobić Lauren Schmidt – stworzyć fabułę, która zmusza widza do myśleniach, jednocześnie nie naciągając jego szarych komórek na tyle, by zaczął zadawać pytania. Zadanie miała wybitnie trudne, bo każda z grup zainteresowania (laicy, fani gry, fani cyklu) mieli różne oczekiwania co do serialu. Ja jestem totalnie ukontentowana, bo zrozumiałam wszystko. WSZYSTKO. I tym jestem zaskoczona.

Nie zabrakło przedstawienia bohaterów – mocnego, niesławnego Geralta z Rivii, wiedźmina, który walczy z potworami. Bohater grany przez Henrego Cavila ma bardzo osobliwy charakter. Ciągle mruczy, warczy i charczy by móc odzywać się jak najmniej. Myślę, że to zrobiło tę postać na tyle, by dostała ona zupełnie nowe miejsce na serialowej mapie świata. Ja jestem tym zauroczona. Dopracowano u Wiedźmina dwie rzeczy – choreografie walk – którą jestem zachwycona – oraz jego relacje z bardem Jaskrem. Ta natomiast nie tylko skradła moje serce, ale wszystkich! Nie trudno było się dopatrzeć inspiracji Shrekiem oraz Osłem. Niestety przez to, że bard dostał solidne pięć minut, zabrakło czasu na rozwinięcie wątku Geralt – Yennefer. A szkoda, bo potencjał miało to gigantyczny. Między postaciami wyczuwalna jest chemia, oczy im się spotykają wtedy, kiedy mają, a i pasują do siebie fenomenalnie! Jednak w fabule jest dosyć spora luka. Historia Yennefer natomiast została pokazana od początku do końca, dzięki czemu przywiązujemy się do postaci bardzo mocno. Nawet młody wygląd Anya Chalotry nie przeszkadzał mi w jej odbiorze. Ale niestety jej gra nie jest do końca satysfakcjonująca. Lekko zagubiona, uparta, odważna i nie pewna siebie Yenn trochę wymija się z postacią z książki i gry. Do tego mamy młodą Ciri, na razie potraktowaną bardzo małostkowo, ale wszystko w swoim czasie. Jestem także pod wrażeniem mocnej roli kobiet w świecie Sapkowskiego – królowej Callante – ukazanej jako jedną z najsilniejszych postaci czy czarodziejek, które doradzają i pomagają królom. Można by stwierdzić, że dialogi są sztywne, ale – nie dajce się zwieść durnym komentarzom – są bardzo w porządku i na miejscu. Scenarzyści nie szczędzą w słowach, co wypada dosyć naturalnie.

Serial to bardzo mocne 8/10 ze względu na cudowny przepływ fabuły i zrozumiały odbiór – bo to zazwyczaj w serialach fantasy mocno kuleje.

Bardzo dobrze się go ogląda, a wszystko wciąga Cię w całości do środka! Pełny jest scen poważnych, walk, ale także sytuacyjnych żartów, sucharów, sarkastycznych przytyków i śmiesznych momentów. Sprawia przyjemność, co jest bardzo ważne. Chce się po nim więcej – co jest jeszcze ważniejsze. Bo twórcy dostali szansę na poprawę w drugim sezonie, a my wszyscy to obejrzymy.

Ocena: obejrzyjcie, bo warto!

Źródło zdjęć: filmweb.pl