recenzja,  serial

Zamknięte na klucz [LOCKE & KEY]

Dawno na rynku nie widziałam dobrej przygodówki. Serialu, który dostarczył by mi czystej, najprzyjemniejsze zabawy z ciekawymi elementami. Taki, dzięki któremu moja sobota i niedziela, nie będzie się wydawać spędzona wyłącznie przed ekranem telewizora w bezsensie, a zostanie tylko miło zmarnotrawiona. Ostatnio w taki sposób odpaliłam nowy serial Netflixa, nakręcony na podstawie komiksu syna Stephena Kinga Joe Hilla – „Locke & Key”. I na początku się wkręciłam, po czym mój entuzjazm lekko opadał.

Gdy odpalałam „Locke & Key” Netflixa, spodziewałam się raczej mrożącego krew w żyłam serialu.

Powstały na postawie komiksu syna Stephena Kinga – Joe Hilla – miał rozłożyć nas na łopatki. Już jakiś czas temu przeczytałam tę historię, w Joe – opowiada o tym, jak bardzo całe życie chciał zostać pisarzem, ale stwierdził, że żyjąc w cieniu ojca nigdy nie zazna smaku prawdziwego sukcesu. I tak też właśnie przybrał pseudonim artystyczny i zaczął publikować opowiadania oraz komiksy. Na początku nikt nie znał jego prawdziwego pochodzenia, a już wiele wytwórni przepychało się by kupić prawa do ekranizacji jego pierwszej książki. Bo Joe uwielbia horrory, dokładnie tak jak jego ojciec. Niestety tym razem Netflixowi twórcy zamienili jego wybitne dzieło (chyba, nie czytałam) w prawdziwe teen-drama.

Rodzina Locków – Nina oraz synowie Taylor, Bode i córka Kinsey – przeprowadzają się do rodzinnego domu ich ojca, Rendalla. Ten niestety parę miesięcy wcześniej został zamordowany przez swojego podopiecznego, w ich domu w Seatlle. Rodzina nie może już tam dłużej mieszkać, więc zamieszkuje stary, tajemniczy dom Locków. Po przyjeździe najmłodszy Bode zaczyna słyszeć różne głosy, dzięki którym znajduje magiczne klucze. Poznaje także „Panią ze studni”, która nie jest do końca dobra. To ona chce go tych kluczy pozbawić, ale nie może mu ich bezpośrednio zabrać. Niebezpieczeństwo rośnie, więc Bode do tej całej szarady wciąga rodzeństwo, które staje się strażnikami kluczy, a Dodge (Pani ze studni) robi wszystko by im te klucze odebrać.

Gdybym miała się bardzo czepiać, to od razu i z marszu wlepiłabym jedynkę za okropne budowanie fabuły.

W momencie, gdy jestem już zaciekawiona, zaczynam odnajdywać z rodzeństwem klucze i poznawać świat magii, wten twórcy zabrali i odarli mnie z jakiegokolwiek dzieciństwa i zapomnieli powiedzieć skąd te klucze się tam w ogóle wzięły. Ot tak, urosły na drzewie? Ale okej. Powiedzmy, że nie chcę tym razem wytykać komukolwiek braku logiki, a tylko – luki fabularne: szybkość toczenia się akcji, bezsensowność powciskanych wątków. Bo zamiast horroru, wyszedł serial młodzieżowy. Nie ma w nim za dużo krwi, nie ma dziwnych duchów – w ogóle ani przez chwilę się nie bałam, a przysięgam Wam, często ukrywam się pod poduszkami, jak film jest przerażający. Serial bawi, ale przytłaczają w nim trywialne wątki. Te miłosne są zrobione najgorzej jak się da. Gdy zaczynasz kibicować Taylorowi i jego dziewczynie, ten naglę ją zdradza. Potem wszyscy o tym zapominają. Kiedy Kinsey pozbywa się swojego strachu, stwierdzasz: fajnie, że w końcu pozwoliła Scottowi się zbliżyć. Ale potem całuje kogoś zupełnie innego. Nie wspomnę o tym twiście na końcu, który już w ogóle do niczego mądrego na pewno nie zmierza.

Mimo wielu fajnych momentów, które ewidentnie zapożyczone są ze „Stranger Things”, „The Umbrella Academy” czy innych Netflixowych seriali, twórcy bardzo zapędzili się i zakręcili w tym by ten serial był przystępny dla każdego widza. By zadowolił on tych, którzy mają 12 lat (by ich nie straszył po nocach) oraz tych co mają lat 25. Ale ja w wieku 27 lat jestem już średnio zadowolona, bo obserwowanie i słuchanie tego jak 15-latka proponuje trójkąt, wcale mnie nie bawi, wręcz dziwi. Do tego mamy wyłączenie z głównej fabuły większości dorosłych, którzy sami mierzą się ze swoimi problemami. Czyli powstaje nam istny fabularny misz-masz. Z jednej strony mamy prawdziwe życie, a z drugiej magiczną jego wersje, totalnie odczepioną od tego, co znacie. Całkiem też interesującą. Gdyby ktoś wyjął z serialu wszystkie wątki, które miały niby nas przekonać do bohaterów, a zostawił tylko te magiczne, to myślę, ze serial byłby taki całkiem 8/10.


Serial technicznie nie jest zrobiony źle. Momentami zachwyca bardzo dobrze zrobioną scenografią tajemniczego, wielkiego i starego domu. Magiczne sztuczki są fajnie zanimowane, a bohaterowie nawet mało drętwo zagrani. Dba się w tym serialu o stronę wizualną bardziej, niż to co się mówi lub robi. Pozbawiono sensu, ładu i składu ponad połowę serialu, czego na pewno nie zrobił Joe Hill w swoim komiksie.

Zostałam na chwilę, chwilunię wkręcona przez tę historię. Dużo bardziej chciałabym ją zobaczyć z perspektywy takiej, która faktycznie straszy, niż tej w której pojawia się baba jaga, zmieniająca swoje oblicza, przechodzi przez różne drzwi i szuka jakiś dziwnych kluczy. Twórcy zostawili sobie drzwi do drugiego sezonu, który może im niestety nie pyknąć. Zostały zamknięte porządnie zamknięte. Fani nie są zachwyceni, a ja nie polecam Wam tego seansu, chyba że potrzebujecie 8 godzin relaksu. Nie będziecie musieli myśleć, jedynie czasami przewrócicie oczami. Może być?

Ocena: jeśli musicie, ale nie polecam

Źródło zdjęć: filmweb.pl