recenzja,  serial

[ŻYCIE Z SAMYM SOBĄ] to ciekawa sprawa

Bardzo dużo się mówi dzisiaj o samoświadomości, o umiejętności kochania siebie w każdych okolicznościach. O tym, że najpierw trzeba zaakceptować wszystko co się w sobie nosi, zanim pozwolimy komuś je pokochać. Widać to wszędzie na Instagramie, można o tym przeczytać w wielu poradnikach i każdy terapeuta też Ci to powie – pokochaj siebie, bo to własne na siebie jesteś skazany całe życie. Paul Rudd w nowym serialu Netflixa stanął ze sobą twarzą w twarz, ale w niezbyt dobrych okolicznościach.

„Życie z samym sobą” to mini serial dramatyczny, nie komediowy.

Miles Elliot to typowy marketer, ale pogrążony w głębokiej depresji. Praca przestała go satysfakcjonować, ciągłe gadanie z żoną o płodności dawno już go już nie bawi, a codzienna rutyna nie uszczęśliwia go na żaden sposób. Jest szarym człowiekiem i szuka ukojenia. Kolega opowiedział mu o pewnym SPA „Top Happy SPA”, w którym sprawią, że znowu będzie szczęśliwy – wystarczy 50 tysięcy dolarów oraz godzina. Miles dociera na miejsce, usypiają go, a ten potem budzi się… w lesie, pod ziemią. Przypadek? Gdy dociera do domu okazuje się, że w jego sypialni jest jakiś obcy facet. Jednak nie jest on taki obcy, bo… to on sam.

Ten serial to naprawdę ciekawa rzecz! Twórca – Timothy Greenberg pobawił się sekwencjami, linią czasu oraz formą przedstawienia całej historii. Widzimy bardzo szeroką jej perspektywę. Narratorów jest przynajmniej trzech, a mimo lekko zaburzonego czasu nie odczuwa się chaosu. Fabuła leci i co najlepsze – trzyma w napięciu! Non stop byłam ciekawa czy to już w kolejnym odcinku się pozabijają, czy jeszcze nie, co zrobi żona albo jak zareaguje społeczeństwo. Serial nie jest patetyczny ani poprowadzony schematycznie, czego można się było spodziewać. W końcu ktoś podszedł do tematu oryginalnie, zamiast powielać to, co już kiedyś ktoś wymyślił.

Jednak najciekawsza jest kreacja postaci Paula Rudda.

Miles, mimo swojego depresyjnego podejścia, po odkryciu całej prawdy związanej z powstaniem drugiego Miles’a, zaczyna z nim walczyć. I to dokładnie – w sensie metaforycznym – jest walką z samym sobą. Jego klon odzwierciedla jego podejście do życia sprzed 10 lat, jego całą aparycje – śmiesznego, towarzyskiego gościa, którym kiedyś był. A Miles szczerze zaczyna go nienawidzić, bo typ jest od niego lepszy we wszystkim. Od razu dostaje awans, naprawia relacje z żoną i przyjaciółmi. Oryginał próbuje wyeliminować klona, wygania go, ale ten chce żyć swoim życiem, jakie pamięta. Wszystkie odcinki, jakie by sobie nie były, wyglądają jak rozliczenie bohatera z samym sobą, sposób na pokonanie depresji i wszystkiego czego się w sobie nie lubi. Rudd świetnie sobie poradził z postacią(ciami),w szczególności pracując twarzą. Klon Miles wręcz błyszczał (dzięki charakteryzacji), a oryginał szarzał. Jednak to właśnie dzięki zupełnie innej mimice twarzy widz potrafił bez problemu rozróżnić bohaterów.

Oglądając go, przyszło mi na myśl pytanie: co byście robili, gdybyście spotkali siebie sprzed paru lat? Gdzie byście siebie umiejscowili, gdybyście mogli dokonać innych wyborów? Chcielibyście się zabić, czy może sprowadzić na inną drogę? Miles i Miles mają trudne zadanie – muszą tak uporządkować swoje życie by wystarczyło miejsca dla nich dwóch. Uda im się? Sami musicie się przekonać!

Ocena: idealny na te następne szare dni

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *