film,  piątka

5 filmów, na które nie chodzi się na randki

Mówią, że chodzenie do kina nie jest najlepszą randką na świecie. Nie możecie rozmawiać, a musicie się skupić na filmie. Oczywiście, jeśli idziecie na film, a nie do kina. W tej drugiej sytuacji, nie oceniam, chodzi o miejsce i okazję. Natomiast chodzenie na film ma się gorzej – trzeba wybrać taki, przy którym obie strony mniej więcej będą się bawić na tym samym poziomie. I chociaż jesteśmy otwarci, to film jest w stanie zniszczyć relacje na jej samym początku. Przekonałam się o tym nie raz, chodząc na filmy, na które nie wolno chodzić na randki. Ciekawi? To lecimy dalej!

Galerianki (2009)

galerianki

Wiem, że było to tyle lat temu, że sama już zapomniałam dlaczego w ogóle zaproponowałam ten film. A znaliśmy się chyba z parę miesięcy, chodząc razem na imprezy. I tak od słowa, do słowa, od śmiechu do śmiechu, stwierdziliśmy, że jest to świetny pomysł. Kupisz mi jeansy, a ja zrobię Ci loda? To wtedy krążyło po bardzo ograniczonym internecie i fotoblogach. Ale nie podejrzewaliśmy, że zamiast śmiechów hihów, to film sam w sobie nas przerazi. Jest mocniejszy, niż sądziliśmy. Katarzyna Rosłaniec – reżyserka i scenarzystka – zasłynęła odważną ekranizacją historii „galerianek” – dziewczyn, które proponują usługi seksualne w zamian za kupno jeansów, kurtek czy torebek w jednej z Warszawskich galerii handlowych. Wiedzieliśmy pod skórą, że coś w tym jest, nie jest to tylko miejska legenda. Historia Mileny i koleżanek nie tylko mojemu towarzyszowi zjeżyła włos na głowie, ale także i mnie. Był to jeden z pierwszych takich filmów, który pozostawił po sobie lekkie piętno i zmienił wizerunek nastolatek na zawsze. A mój zalążek związku zdeptał swoim wysokim obcasem. Dosłownie!

Wesele (2021)

wesele

Wojtek Smarzowski zapowiedział na początku tego roku, że właśnie pochyla się nad remakiem… swojego własnego hitu. I my, wielce zdziwieniu, stwierdziliśmy, że nie da się zrobić tego przecież lepiej. „Wesele” z 2004 roku to satyra pięknego, dumnego wiejskiego wesela, które wyśmiewa wszystkie nasze tradycyjne wartości. Wódka się w nim leje, tyłki świecą, a muzyka gra do samego rana! I jak to na Wojtka przystało, nie byłby sobą, gdybyśmy dopiero w sali kinowej nie zobaczyli na czym ten remake miał polegać. Niczym zadziorny, nieprzejednany Tarantino, postanowił większość prawdy zachować dla siebie do rozpoczęcia seansu. Nagle naszym oczom ukazał się twór zmiksowany – „Róży”, „Wołynia” i „Wesela”. Gdzie w centrum zainteresowania mamy świnie (i wszystko to, co można z nimi zrobić), wiejskie machlojki, odrobinę Holokaustu i dziwne wesele. Mieszanka ta działa zaskakująco i przeraża. Chciałam przynajmniej z pięć razy zapytać podczas tej randki – czy długo jeszcze?! A wychodząc nie będziecie w stanie powiedzieć ani słowa, po czym przez następne 30 minut staracie się ubrać to, co zobaczyliście w zdanie. Cały szatański plan, jakby to powiedział Wojtek, pójdzie w pizdu. Jakikolwiek mieliście!

Borat (2006)

borat

Nie wszyscy mamy to samo poczucie humoru. Czarny, biały czy szary humor – jakkolwiek sobie go nazwiecie – ma swoje granice dobrego smaku. W szczególności w towarzystwie osoby, której dobrze nie znacie i nie wiecie na co możecie sobie pozwolić. Nie testuje swoich towarzyszy, raczej nie zastanawiam się w ogóle nad konsekwencjami swoich czynów, więc jednego z nich zabrałam na seans „Borat”. Nie wiem skąd mi się to wzięło, pewnie uważałam to za zabawne i myślałam, że pozwoli mi na śmierć ze śmiechu. Niestety, prawie umarłam z żenady. Nie to, że uważam, że to jest zły film. Po prostu w pewnych momentach równowaga pomiędzy żartem a prawdą się zaciera i tworzy smutną rzeczywistość. Sasha Baron Cohen jest fenomenalnym aktorem i nie można mu odmówić świetnej realizacji postaci. Jednak mój towarzysz śmiał się we wszystkich żenujących momentach, ogłaszając ten film swoim ulubionym. Czy został moich chłopakiem? Odpowiedzcie sobie na to pytani sami.

Wstyd (2011)

wstyd

Poszłam kiedyś na seans niespodziankę, zaaranżowany przez mojego ówczesnego chłopaka. I fajnie – pomyślałam sobie. W końcu nie musiałam planować wspólnego wyjścia do kina. W sali okazało się, że jesteśmy na filmie „Wstyd” z Michaelem Fassbenderem, a on w pierwszej scenie stoi pod prysznicem i robi sobie tam dobrze. Długo robi sobie dobrze. Trwa to chyba z 10 minut, podczas których mój partner zrobił się cały czerwony, potem cały biały, puścił moją rękę i stwierdził, że on jednak musi do toalety. Nie wiem co tam robił, ale następne 10 minut go nie było. „Wstyd” to historia seksoholika (granego przez Fassbendera), który traci panowanie nad swoim życiem, przez swoje liczne fantazje. Film o tyle jest wstydliwy, totalnie, że uprawianie seksu jest tam w centrum zainteresowania. I pewnie w ogóle bym się nie wzruszyła, gdyby nie reakcja partnera, którego najwyraźniej cała scena numer jeden dotknęła porządnie. I po co to wszystko?

Nimfomanka (2013)

nimfomanka

Lars von Tier słynie ze swoich ekscentrycznych, mocnych i ciężkich klimatów w filmach. „Nimfomankę” przygotowywał latami, zapowiadając od razu, że będzie to jego najlepsze dzieło. Nie da się ukryć, wyszło słabo. Ale nie o tym! Nie jest to moja historia, ale pewna para na samym początku swojego „spotykania się” stwierdziła, że świetnym pomysłem jest pójście na to do kina. Lub na ten film, jak wolicie. Wielce się zdziwili, gdy oboje po pierwszych 30 minutach seansu zasnęli. Najważniejsze, to znaleźć w sobie cechy, które do siebie pasują i cechy, które warto ze sobą wypracować. Gdy się obudzili, okazało się, że film się skończył i mogli pójść na prawdziwą randkę, bez żadnego uczucia zażenowania. Takich właśnie randek Wam życzę!