film,  piątka

5 najlepszych filmów akcji lat 90′

Pośmialiśmy się i serce nam zmiękło, więc czas na akcje! A w latach 90 było jej co nie miara, tylko że nie wyglądała tak widowiskowo jak teraz. Twórcy operowali bardzo ograniczonymi środkami przekazu – a mam tu na myśli efekty specjalne. Jak będziecie mogli zauważyć oglądając, większość z nich odstaje od dzisiejszych podobnych produkcji, jednak fabularnie bywają o wiele lepsze. Filmy akcji niestety starzeją się i to bardzo szybko. Postęp technologiczny zabrał nas w miejsce, w którym większość scen możemy nakręcić na green screenie, nawet nie przygotowując aktorowi kostiumu. Natomiast wtedy wszystko musiało być należycie przygotowane. Dlatego też uważam, że nikomu nie powinno być wstyd za te akurat filmowe mega hity, nawet jeśli już lekko się pomarszczyły.

Powrót Batmana (1993)

Dzieło mojego ulubieńca Tima Burtona, który uraczył widzów w 1989 roku pierwszą częścią „Batmana”. Tam byliśmy świadkami walki nietoperza z Jokerem, natomiast w drugiej części walczy on z Pingwinem (Danny De Vito). W głównej roli powraca młody Michael Keaton, jeszcze bardziej uroczy, czarujący, ale i niezrównany w walce ze złem. Do tego dodano także Kobietę-Kot (Michele Pffeifer), chyba najgorszą jej wersje. Jestem w zupełności w teamie Halle Berry, mimo, że film totalnie mnie zawiódł. Batman w wersji Burtonowej jest o wiele bardziej przerysowany niż w wersji Christophera Nolana. Tim próbuje tutaj praktycznie jeden do jednego odwzorować komiksowe postacie wraz z ich ludzkimi twarzami. Nie kombinuje z fabułą ani nie dodaje do kreacji jakiegoś drugiego dna. Praktycznie wszyscy są tam jednowymiarowi i mają jakąś funkcje w tym filmie. Oczywiście nie ma w tym nic złego, ale pewnie przez to też szybko się o nim zapomina. Dobry był ze względu na wykonanie artystyczne – co by nie mówić Tim jest mistrzem kreacji komiksowych i w scenografii, kreowaniu świata nie ma sobie równych. Więc Pingwin wygląda jak stwór nie z tej ziemi, a Batman mimo, że widać gołym okiem, że ma gumowy kostium, to nadal robi to na mnie wrażenie. A jak miałam 15 lat, to zrobiło na mnie ogromne!

Obejrzycie na CDA.

Bad Boys (1995)

Marcus i Mike z wydziału antynarkotykowego przechwytują dużą ilośc heroiny, jednak potem zostaje ona ukradziona. A od niej zależy byt ich posterunku. Policjanci ruszają w podróż za bossem narkotykowym, wraz ze swoim świadkiem – piękną Julie. W roli policyjnego duetu – niezastąpieni Will Smith i Martin Lawerence. Chemia między tymi dwoma jest po prostu niesamowita! Od pierwszych chwil na ekranie każdy wie, ze wpakują się w jakieś mega kłopoty, ale dla nich to dzień powszedni. Skrzętnie i zwinnie przeciskają się pomiędzy samochodami, bandziorami, narkotykami, strzelając co rusz z pistoletów. Film ma niezłe tempo, ale każdy z nich nadąża! I widz nie może oderwać wzroku z ekranu, bo za 2-3 minuty nie będzie wiedział o co chodzi w następnej scenie. Dokładnie w taki sposób robiło się wtedy filmy akcji i nikt nie miał z tym problemu. Nie wrzucono do filmu niepotrzebnych wątków, które mogłyby przeszkadzać. Nawet jeśli nie lubcie takich realizacji, dla samego Willa Smitha warto obejrzeć.

Obejrzycie na CDA.

Blade – Wieczny Łowca (1998)

Pewnego dnia ciężarna kobieta zostaje ugryziona przez niezidentyfikowane zwierze. Rodzi dziecko, ale przy porodzie umiera. Udało jej się począć syna – Blada, który łączy w sobie cechy człowieka oraz wampira. Pod swoją opiekę bierze go mistrz Abraham i uczy go jak ochronić ludzi przed wampirami, co staje się misją chłopaka, a także zemsta za śmierć matki. Blade jest nieśmiertelny, ale może chodzić za dnia, nie boi się czosnku, jest super silny, ale musi pić przez to krew. Walczy ze swoimi słabościami, sprawiając, że wcale mu nie przeszkadzają. To jego najbardziej boją się wampiry, które przenikają nie raz do świata ludzi próbując od środka go zniszczyć. Za każdym razem Blade je wytrapia. A Whesley Snipes jest w tej roli zdecydowanie najlepszy! Może nie jest to zrobiony film z humorem, ale napewno z uporem maniaka. Sławny komiks doczekał się naprawdę dobrej ekranizacji, z której pozostaje tylko spijać (krew, wiadomo). Fabuła jest naprawdę świetna i chociaż nie odpowiada na większość wampirzych stereotypów, to można w niej znaleźć dużo rzeczy, które się spodobają. Dodano do tego piękny anturaż w postaci mrocznej, ciężkiej scenografii oraz sąsiadującej jej muzyki. Blade jest wielki, zły i gotowy wywołać wojnę pomiędzy rasami, więc zasługuje na porządne pierdolnięcie. I takie też dostaje.

Obejrzycie na CDA.

Mission: Impossible (1996)

Myślicie, że Tom Cruise przestanie kiedyś grać Ethana Hunta? Myślę, że nawet z jego łoża śmierci zrobią kolejną część, a oto jej sławetny początek. Niesłusznie oskarżony agent IMF – Ethan musi odkryć prawdziwego szpiega. Misja wydaje się wręcz niemożliwa bo ma do czynienia z tak samo dobrym agentem, co on sam. Bardzo prosty motyw w kilka lat stał się totalną ikoną! Na pewno kojarzycie muzyczkę z tego filmu, która wielokrotnie leci wtedy kiedy nie trzeba (najpewniej w naszych głowach). Szkoda, że twórcy zamiast skończyć na dobrze ustawionej trylogii, zaczęli robić części prawie jak odcinki serialu. Niestety nie ma w nich żadnego ładu i składu, a kolejne i kolejne części różni od siebie czas wykonania, więc i jakość efektów specjalnych. W jedynce Tom musiał pracować więcej ciałem niż umysłem, a wyszło mu to całkiem zacnie! Dla mnie i tak będzie aktorem jednej miny, z jakiegokolwiek wysokiego budynku by nie skoczył, by mi zaimponować.

Obejrzycie na HBO GO.

The Matrix (1999)

Oh, jest i on! Keanu Reevse zrobił na Matrixie połowę swojej kariery (drugą połowę zrobił John Wick i ilość memów w internecie)! Ale jaka piękna była to połowa! Jeśli nie pamiętacie lub nie oglądaliście: Keanu gra tam Neo – hakera komputerowego, który dociera do śladu dziwnego kodu, przez co nakrywają go rebelianci. Ci, porywają go i udowadniają mu, że świat, w którym żyje to tylko obraz przesyłany do jego mózgu. Ja pamiętam wiele kultowych scen z tego filmu, ale najbardziej utkwiła mi ta, w której Morfeusz (Laurence Fishburn) daje Neo do wyboru dwie tabletki – czerwoną i niebieską. Jedna zabierze go ze świata Matrixa, a druga zaniesie go do jego łóżka, w jego wyobrażonym mieszkaniu. Co najlepsze! Jak na tamte czasy w produkcji główne role objęło większość aktorów no-namów, którzy raczej nie grywali w wielkich, potężnych filmach. Keanu może i był sławny, ale na pewno nie był postrzegany wtedy jako wybitny kąsek. Ten film zrobił z niego światowego celebrytę końcówki lat 90. Produkcja zdobyła cztery Oskary za dźwięk i to w pełni zasłużone. Ścieżka do filmu została specjalnie zrobiona na jego potrzeby. Nikt, nic nie kupował ani nie pożyczał. Do tego zebrano gigantyczną ilośc nominacji do każdego typu konkursu, gali i rozdania. Może też dlatego, że właśnie „Matrix” wyznaczył drogę dla wszystkich tych, którzy bali się ingerencji komputera w filmie, a Wachowscy pokazali, że nie ma się czego bać. To był też pierwszy film, w którym tak było dużo elementów, które dodano w postprodukcji. Nie wiem dokładnie jaka była wtedy technologia, ale do dzisiaj robi to wrażenie. Wtedy totalnie zaczarował nas ten „Matrix”. W ręku z figurką Neo mój brat wkraczał w rok 2000. Serio!

Obejrzycie na Netflixie.

Źródło zdjęć: filmweb.pl