film,  recenzja

Dakota nie jest już [NA TOPIE]

Bo jej miejsce zajął bezwstydnie ktoś inny. Tym kimś jest Tracee Ellis Ross i jej gwiazda estrady Grace Davis w nowym film “Na topie”. A że w końcu wracamy do kin, a przynajmniej ja i moje Unlimited w Cinema City, to mogę Wam o tym filmie spokojnie donieść. Film Nishy Ganatry to nie tylko muzyczna sielanka, ale także najlepsze widowisko jakie dotychczas widziałam z Dakotą Johnson! Ale nie najlepsze, w ogólnym tego słowa znaczeniu.

Melodramat muzyczny?

„Na topie” nie ma nic wspólnego z melodramatem! Ani nie chce Ci się na nim płakać, ani nie jest Ci nikogo szkoda. Nie wzbudza żadnych smutnych emocji. Dla mnie jest po prostu muzyczną komedią, zrobioną według pewnego utartego już schematu. Maggie (Dakota Johnson) jest osobistą asystentką wielkiej gwiazdy estrady Grace Davis (Tracee Ellis Ross). Podaje jej codziennie smoothie, układa kalendarz, umawia do fryzjera, zawozi na próby a potem do domu. Jest na każde skinienie jej palca. Ale Maggie ma wielkie plany – chce zostać producentką muzyczną. Po cichu, w czterech ścianach, pomiędzy jedną próbą a drugą miksuje jakieś stare kawałki Grace. Ta natomiast jest zmęczona ciągłym graniem swoich wielkich hitów i chciałaby wydać nową płytę.. Ale jej agent i wytwórnia są innego zdania. Praktycznie, wielką Grace wysyłają na emeryturę do Vegas.

Pewnego dnia Maggie poznaje aspirującego i przystojnego piosenkarza Davida (Kelvin Harrison Jr) i udaje przed nim wielką producentkę, pomagając mu przy wydaniu dema. Dziewczyna chce dotrzeć po trupach do celu, by tylko jej zadufana w sobie szefowa ją zauważyła i dała jej szansę. Ale jak to zwykle bywa, nie wychodzi jej to plątanie na dobre.

Nie mam w zwyczaju recenzować tak normalnych filmów. Wydawałoby się, że nie ma w nim nic ciekawego oprócz oryginalnej ścieżki dźwiękowej. Pamiętajmy natomiast, to nie jest żadne „Cadillac Records” czy „Narodziny gwiazdy”. Historia nie została rozbudowana na tyle, bym się przywiązała do któregoś z bohaterów. I to jest chyba największy minus tego filmu. Bardzo mu tego brakowało, by ktoś na minutę albo dwie przyjrzał się głównym postaciom i nadał im jakiegoś człowieczeństwa. Próbowano, bardzo na marne, w paru scenach wywołać u nas litość i żal, ale trudno jest to zrobić uciekając się do tak błahych metod. A przede wszystkim źle wykonanych. Widz musi poczuć ten żal płynący nie tylko ze słów, ale także z czynów bohaterów. Zobaczyć to w ich oczach, ruchach, ubraniach. Poczuć zapach płynący z taśmy puszczaj w kinie, czy nawet na jakimś shitowym streamingu. Dlatego melodramatem ten film nie został, bo nie miał w sobie żadnej mocnej warstwy, która sprawiłaby, że uroniłabym chociażby jedną łzę.

Gdyby jednak Ganatra zdecydowała się na budowanie relacji od początku, pewnie nie mielibyśmy wrażenia, że opierają się one na niczym.

Na początku postać Grace ma się nam wydawać płytka i zimna, dopiero później scenarzyści nadają jej jakieś inne cechy, a jej ego spychają na drugi plan. Sytuacja była zgoła inna niż np w “Diabeł ubiera się u Prady”. Tam Meryl Streep nie znała nawet poprawnego imienia swojej asystentki, a Grace wypowiadała je z łatwością. Więc ta więź uczeń-mistrz była także jakąś przyjaźnią, która zamiast narastać, nagle między nimi wybucha. Z niczego. Tracee Ellis Ross dawała sobie radę świetnie, aż nie przyszło jej „przepraszać” swojej asystentki Maggie. W tamtym momencie stała się dla mnie niewiarygodną osobą, jedynie posiadającą piękny głos. Jej dwoista struktura postaci nie przekonała mnie.

Partnerowała jej Dakota Johnson – moja mistrzyni jednej miny i jednego sposobu odgrywania każdej emocji. Tutaj nie była wcale lepsza, ale widać było, że bardzo się starała. Postać Maggie była na tyle zdeterminowana, ale i zagubiona w tej swojej walce, że łatwo było odwzorować to w sposób całkiem naturalny. Nie zmienia to oczywiście faktu, że znam pewnie z pięć aktorek, które zagrałyby to lepiej i jeszcze doprowadziłyby mnie do pojękiwania na ostatniej scenie. Ale Dakoty na to nie stać.

Ależ, proszę Państwa! Ta ścieżka dźwiękowa! Wielu powie, że bardzo bezpieczna – r’n’b połączone z lekkim, nowoczesnym popem. Dla mnie naprawdę warta uwagi, ze względu na wokale Tracee oraz Kelvina. “Na topie” bez tej muzyki byłoby tylko zlepkiem scen, które nie mają ze sobą wiele wspólnego, a tak wsłuchując się w nią, byłam w stanie na chwilę odpłynąć. Film, oprócz tego, zrobiony był z niezłym rozmachem, bo miejsc było wiele i kostiumy były bardzo imponujące. A to tylko otoczka. Próbowano zagrać na naszej wrażliwości artystycznej w sposób wręcz już przereklamowany.

Poszłabym na “Na topie” do kina. Poszłabym i bawiłabym się świetnie, bo ciągle podśpiewywałabym pod nosem, wyrywając do znajdywania piosenek mojego Shazama. Może też o to w tym wszystkim chodzi – by nie tyle nabijać oglądalność filmu, a jedynie odsłuchy piosenek na serwisach streamingowych? Oby nie. Tak czy inaczej, przyjemny był to seans, mimo tej jedno twarzowej Dakoty. Porozpływałam się wśród dźwięków, które przypominały mi jak kiedyś wyglądało szukanie soundtracków filmów. Zapamiętywało się słowa piosenki, które potem wpisywało się w Google. Naprawdę!

Ocena: możecie sobie pójść w jakiś deszczowy dzień

Źródło zdjęć: filmweb.pl

W kinach od 10 lipca, w Cinema City od 22 lipca.