film,  recenzja

[DIUNA] To dopiero początek

Pamiętam, jak ktoś mi dał do ręki płytę CD z grą „Prince of Persia” i kazał zagrać. Oczywiście, utknęłam chyba na 5 poziomie nie mogąc przejść przez pustynie. Gubiłam się, mojego księcia łapała fatamorgana, po chwili się odwodnił i musiałam zaczynać grę od nowa. Do dziś nie wiem co powinnam zrobić by dobrnąć do 6 poziomu. Ale to sedna! Pewnie zapomniałabym o całej sprawie i po ponad 15 latach nie przypominała o tej sytuacji, gdyby nie „Diuna”. Nad którą zachwytów nie ma końca. Ale powiem Wam szczerze – bez przesady.

„Diuna” to powieść science-fiction Franka Herberta.

Wydana w latach 60 XX wieku, opowiada o czasach bardzo odległych. Jest rok 10171. Znajdujemy się w galaktyce Imperatora, którego największym skarbem jest melanż – magiczna przyprawa. Przedłuża ona ludziom życie, umożliwia podróże międzygalaktyczne i można dzięki niej przewidywać przyszłość. Wydobywa się ją jedynie na planecie Arrakis, zwaną Diuną, w której posiadaniu są bezwzględni Harkonnenowie. Ich przemoc i arogancja nie uchodzi płazem, więc Imperator zabieram im Diunę, oddając ją w lenno Atrydom. Jednak ich przejęcie jest pozorne, okazuje się gigantyczną pułapką Ale syn księcia Atryda, Paul nie jest zwykłym chłopakiem, tylko potomkiem rodu Bene Gesseret, bez przyprawy przepowiada przyszłość i posiada „głos”.

diuna

Denis Villeneuve podjął się stworzyć remake „Diuny”. Otóż film ekranizowany był już dwa razy. W 1984 roku jako film pełnometrażowy (reżyserował David Lynch) oraz w 2000 jako serial, który miał aż 7 odcinków! Produkowano także drugi i trzeci tom w postaci mini serialu. Ze skutkiem słabym, wszyscy już o tym zapomnieli. Natomiast o tworze Denisa mówiono od miesięcy. Studio zdecydowało się także mocno podgrzewać atmosferę w trakcie oczekiwania, wyrzucając zdjęcia z planu czy już pomontażowe. Kuto żelazo, póki się o nim mówiło.

Nie czytałam książki i nie oglądałam poprzednich filmów czy seriali.

Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi i czym tak wszyscy się podniecają. Przeczytałam delikatne streszczenie i udałam się do kina, uznając, że pewnie zobaczę jakiś cud. Aż tu nagle! Nie! Fabularnie bardzo trudno się w tym wszystkim połapać. Jesteśmy wprowadzeni do świata, który nie przypomina nawet przez chwilę czegokolwiek co znamy. Musimy się bardzo skupić by połączyć dwa do dwóch. Bardzo by poznać wszystkie zasady panujące w tym świecie.

Na początku Denis zdecydował się bardzo wolno prowadzić film, by wszystkim takim jak ja było trochę łatwiej, ale gdy ten czas mija, tempo wystrzela jak szalone. Lecimy wtedy przez wszystkie inside joki i inside tajemnice, jakich mało, przez co, gdybyśmy nie uważali, moglibyśmy się nieźle pogubić. Reżyser i scenarzyści wybrali sobie bardzo ciekawy sposób na opowiedzenie tej historii i nadanie wszystkich postaciom jakiś charakterów czy ram – bardzo oszczędnymi dialogami. W zasadzie to nie pamiętam jakiejś dłuższej wymiany zdań, ani myśli czy uczuć. Nie było tam za dużo uczuć. Jedynie momenty, w których próbowano zażartować, ale okazywało się, że jest to poważny żart. Z takim jakimś kijem w dupie. Więc nie jesteśmy za bardzo przekonani do bohaterów, bo postacie napisano (lub przedstawiono) bardzo płasko. Nie mają żadnego konkretnego charakteru, mają swoją rolę w filmie i ją wykonują. Nie mówię, że Timothee Chamalet jest beznadziejny jako Paul, czy pojawiająca się na 5 minut Zendaya, bo w zasadzie to czuje, że to dopiero był początek, a prawdziwe rozwinięcie tej historii przed nami.

Tak! Bo od razu zaznaczono, że to „część pierwsza”.

Dlatego wielokrotnie przeciągano, przedłużano i popisywano się widoczkami by trochę zapełnić posiadany czas ekranowy. Jednak to w czym „Diuna” wygrała to stworzony klimat, który był sztuką samą w sobie. Monochromatyczna, zimna połączona z wyjątkową scenografią, widokami Sahary (z tego co kojarzę, niektóre pustynne sceny kręcono właśnie tam) i muzyką. Hanz Zimmer jest mistrzem takich właśnie kompozycji, które zapadają Ci w pamięć. I to była jedna z nich! Nie będziecie jej kojarzyć z żadnym innym filmem i to się zdecydowanie udało. Niektóre rozwiązania jeśli chodzi o trzymanie napięcia czy montaż bardzo przypominały mi „Grę o tron” czy „Gwiezdne Wojny”. „Diuna” na pewno ma potencjał do tego by stać się jedną z tych produkcji, ale dopóki nie zobaczymy całości, ciężko jest to ocenić.

diuna

Nie wychodzi się z tego filmu z uczuciem, że właśnie zobaczyło się coś niesamowitego. Twór nad twory, film nad filmy i zdobywcę Oskarów. To był tylko wstęp i czuje się to przez te 135 minut. Cała fama w okół filmu jest tylko tworem marketerów, którzy bardzo dobrze swój produkt sprzedali, sprawiając, że uwierzyliśmy w wielkość tej produkcji. I zapewne, Akademia też może uwierzyć. Ale wielki on dopiero może być, za jakiś czas. Poczekamy, zobaczymy.

Ocena: pójdźcie, czemu nie

Źródło zdjęć: vogue.pl