recenzja,  serial

[EMILY W PARYŻU] obraziła Francuzów

Nie mam dobrych wieści. W sumie to nawet się zdenerwowałam po finale tego serialu, mimo, że przez jego większą część byłam bardzo zrelaksowana. Te 3 godziny seansu odbiły mi się czkawką dopiero po głębszej analizie przypadku, a ten jest arcy ciekawy. „Emily w Paryżu” to żaden „Seks w wielkim mieści”, ani żadna „Plotkara”. Błagam Was, miejcie litość.

Niestety twórcy próbują swój okropny twór promować na barkach produkcji, która odniosła ileś lat temu sukces.

Tak też, my widzowie nabieramy się na te wszystkie seriale i filmy, które pod osłoną „Seksu w wielkim mieście” czy „Przyjaciół”, albo bóg wie jeszcze kogo, promują i otwierają swoje podwoje. Nie mam litości dla kogoś, kto nazywa się drugą Carrie Bradshaw, bo drugiej takiej nie znajdziecie nigdzie indziej, tylko na schodkach jej apartamentu w Nowym Jorku. Tak samo trudno będzie komuś powtórzyć Blair Waldorf. Na pewno nie znajdzie się tak samo mądry kostiumograf, który uraczy widzów nie dialogami i fabułą, ale strojami! W nowym serialu Netflixa „Emily w Paryżu” miało zagrać i to i to. Ale gdy chce się złapać dwie sroki za ogon, najczęściej uciekają obie. I to szybko.

Nie będę miała dzisiaj litości. Niestety serial trafił w ręce wielkiej wielbicielki Paryża i bycia francuską – mnie. I nie zostawię na nim suchej nitki za te głupoty, które oni tam ludziom do mózgów chcieli wtłoczyć. Jeszcze na barkach biednej Carrie i Sereny van der Woodsen. Żenada. „Emily w Paryżu” odgrywa się, jak sama nazwa wskazuje w stolicy Francji, do której przybywa Emily (Lily Collins) z Chicago. Będzie pracowała jako zesłaniec we francuskiej filii agencji marketingowej (bardziej PR-owej, ale wiem, że kinematografom trudno odróżnić dwie te bardzo podobne rzeczy). Zachwycona blichtrem największej stolicy mody Amerykanka, jest nastawiona do całej sytuacji bardzo entuzjastycznie. Stereotypowo uśmiecha się od ucha do ucha w każdej z pierwszych scen i roznosi w okół siebie pozytywną energie, co nie zadowala Francuzów. Oni są zniesmaczeni, wredni, a szefowa chce się jej jak najszybciej pozbyć. Pani w kwieciarni nie chce sprzedać jej najładniejszych kwiatów, a Pani w piekarni puszystego rogalika. Ogólnie to Francuzi są najgorsi, a w szczególności wtedy gdy nie znasz perfekcyjnie ich języka.

10-odcinkowa seria została naszpikowana najgorszymi stereotypami.

I to w świecie, w którym mówi się na okrągło – bądź sobą, wszyscy ludzie są dobrzy, powinniśmy być tolerancyjni i przyjaźni dla wszystkich. Gówno prawda. Najlepiej to obsmarować Francuzów od stóp do głów jacy to oni nie są okropni i chamscy, ich język strasznie trudny. A jacy to Amerykanie są przyjaźni, mili i cudowni. Mimo, że Lily Collins wykonała swoja pracę na całkiem dobrym poziomie, to jej pretensjonalna i wyjątkowo tępa główna bohaterka nie była w stanie zrozumieć podstawowej rzeczy: Paryż kocha się za jego wszystkie wady! Warte do adnotacji są także jej kostiumy: na początku całkiem przyjemne dla oka, a później co raz dziwniejsze. Czy na początku miała to być kobieta, a potem nagle zamieniła się w 5-latkę z puszystymi bryloczkami do torebki?

Cały Anturaż serialu jest niczego sobie. Nie zauważyłam by brakowało komuś aktorskiego talentu, ale na pewno brakowało wiele scenariuszowi. Twórcy bardzo skupili się na ukazaniu Paryża w jak najlepszy sposób, ale niczego nie uczą, nie zaczepiają znacznie francuskiej kultury. Pod względem merytorycznym serial jest bezużyteczny. Oczywiście jest w wielu scenach przyjemny dla oka. Grają tam naprawdę przystojni francuscy aktorzy, na których warto zawiesić oko na dłużej. Ale to by było na tyle. Poziom wyolbrzymienia stereotypów, które ktoś usłyszał w Nowojorskim barze przy piwie, jest okropnie wysoki. Totalnie sprofanowano Paryż i Paryskość, od stóp do głów

Gdyby nie to, że obrażono mój Paryż w tym serialu wielokrotnie, pewnie bym nawet poleciła Wam ten seans. Opowiedziała Wam o tym, że jak to miło mi się siedziało z kubkiem herbaty i papierosem, a potem jak mi się dobrze po tym spało. Ale nie! Jeśli lubicie standardowe głupotki i popatrzeć sobie na jakiś przystojniaków, to możecie sobie włączyć parę odcinków. Ale pamiętajcie, że koło „Seksu w wielkim mieście” to nawet nie stało. Przez chwilę próbowało być „Plotkarą”, ale coś poszło ewidentnie nie tak, i na koniec zrobiło się bardzo smutno, bo pozostawiono po sobie gorzki smak.

Ocena: włączcie sobie coś innego w zamian

Źródło zdjęć: glamour.pl, kobieta.pl