film,  recenzja

[FREE GUY] życzy świetnego dnia (i seansu)!

Przekonał mnie naiwny zwiastun, który zapowiadał pełną stereotypów o graczach produkcję, na której mogę wyżyć swoje palce. Tak by napisały pełną nienawistną recenzję kolejnego gniota od Disneya, którego twórcy byli przekonani, że kliszami kogoś jeszcze przeciągnął na swoją stronę. A my chcemy już inaczej, nowatorsko, z otwartym umysłem. Jak to klasyczni milenialsi. Zawiodłam się na bazie swojej opinii, tak jak paru innych kolegów po fachu, bo „Free Guy” jest całkiem niezłym filmem nie-science fiction.

Dwa światy i dwie różne „rzeczywistości”.

O tym wszyscy piszą w swoich recenzjach. A ja mam trochę inne zdanie (jak to zwykle bywa, muszę iść naprzeciw panującym trendom). Guy jest normalnym facetem żyjącym we Free City. Codziennie wstaje, wita się ze swoją złota rybką, pije kawę z mlekiem i podwójnym cukrem, idzie do pracy w banku, w którym życzy wszystkim – nie dobrego dnia, a świetnego dnia! Ciągle napadają na jego bank ludzie w okularach, i wtedy musi kłaść się na ziemię i czekać. Guy jednak ma marzenia. Chce spotkać swoją jedyną, ukochaną i dzielić z nią życie. I pewnego dnia zauważa taką piękną, cudowną, charakterną kobietę na ulicy nucącą Mariah Carey (jego ulubioną piosenke) i postanawia za nią pójść. Nie wie natomiast że on jest NPC-em (non-playable character) i znajduje się w wieloosobowej grze wideo „Free City”.

To nie jest żaden Matrix, Żadna „Sala samobójców”. To bardzo pozytywna, delikatnie zabarwiona stereotypami bajka z bardzo miłym i ciekawym happy endem. Ktoś dobrze przemyślał ukazanie różnicy pomiędzy światami (tym w grze, a tym rzeczywistym) i jednak postawił na bardzo proste, a mało dramatyczne rozwiązanie (dlatego to nie jest Matrix) – Free City stało się odskocznią, w której ludzie szukają wytchnienia, ale także odpowiedzi na parę pytań, tak świat rzeczywisty jest światem okrutnym, niszczącym marzenia za pomocą topora. Ale mając do wszystkiego dobry kod, dobre podejście, możemy spełnić swoje marzenia. Ot co.

Nie nazwałabym tego science fiction ani akcją, brakuje mu bardzo dużo dramatyzmu, dla mnie to po prostu jest kino rozrywkowe.

Koledzy szukali easter-eggów z innych filmów Disneya i nie znaleźli ich za wiele. Na wielu polach “Free Guy” przypomina GTA i możemy mieć wrażenie, że był trochę na tej grze inspirowany, ale to zupełnie co innego. Bardziej zaciągnięto z gry ukazanie samych graczy – szalonych awatarów, chowających się za przystojnymi twarzami i mocnymi rękami. Tutaj twórcy robią taki lekki wink wink do całej społeczności, zapowiadając, że nie pozostawią na nich suchej nitki. I tak się dzieje! Natomiast główny bohater na początku jest bardzo naiwny, ale później uczy się. Dokładnie tak jak został napisany. Ryan Reynolds nie odkrył tutaj ani Ameryki ani Australii, dając mu głos i życie – wiele ostatnich ról zagrał na bardzo podobnej kliszy, posługując się swoim słodkim uśmiechem i paroma Deadpolowymi ruchami. Nie było w tej postaci niczego złego, ani też dobrego. Spełniła wszystkie wymagania sztucznego umysłu umieszczonego w cyfrowej rzeczywistości, zagranego przez prawdziwego aktora. Wiążemy się z nim, ale bardziej czekamy na kolejne jego poziomy rozwoju.

Ciekawym rozwiązaniem fabularnym były na pewno pełne emocji zwroty akcji – kierowane przez postać Taikii Waikikiego. Koleś (musiałam) jest świetnym przykładem na to, jak czysto stereotypową postać twórcy gier – szalonego artystę, wizjonera i dyrektora – zmienić w człowieka średnio poważnego, strasznego, ale skutecznie trzymającego pilota od fabuły. Jego wysiłki w postaci resetowania, przywracania i niszczenia, spełzły na końcu na niczym. Ale to dzięki uporowi i wytrzymałości bohaterów się to stało, i tego powinniśmy się od nich uczyć. Tak samo te zabiegi twórców by umilić nam seans i utrzymać nasza uwagę nie poszły na marne – dzięki plot-twistom, wytrawnym i ciekawym, byłam ciągle zainteresowana. A za pomocą całkiem zgrabnych i nowoczesnych żartów, śmiałam się pełną gębą, aż Pan z rzędu na górze zwrócił mi uwagę.

Jak to w bajkach bywa, po bardzo wyczerpującej i długiej walce, dobro zwycięża i dostaje co mu się należało.We “Free Guy” wcale nie było inaczej, a twórcy podkręcili jedynie ten happy end do granic możliwości, że aż się zasłodziłam i musiałam popić. To mi nie zepsuło całokształtu, bo bardzo przyjemnie mi się to oglądało i chętnie pójdę na część drugą. Ale wiecie jak to z dwójkami bywa, są w wielu przypadkach gorsze od jedynki. Ale może tym razem nie będę się nastawiać, tylko przejdę się bez żadnych specjalnych oczekiwań.

Ocena: polecam bardzo serdecznie

Źródło zdjęć: imbdb.com