recenzja,  serial

[GOOD GIRLS] Czas na gangsterki

Gdy oglądałam pierwszy sezon, wmawiałam sobie, że to tylko „kaprys” Netflixa. Robi serial, który jest lekką zapchaj dziurą by sprawić paru osobom zdawkową przyjemność. Ale nie! Ten rozrósł się do aż trzech sezonów, zgarnął sympatie ponad 300 milionowej publiczności platformy na całym świecie. Króluje sobie także w tygodniowych rankingach na samych szczytach. „Good girls” to lek na nudę, ale o średnim działaniu.

Życie pełne nudy i marazmu.

Takie właśnie posiadają Beth (Christine Hendricks), Ruby (Ritta) i Annie (Mae Wittman). Do tego mają gigantyczne problemy finansowe, ledwo wiążąc koniec z końcem. Mąż Beth nie tyle co ją zdradza, to wszystkie oszczędności włożył w niepewny biznes, więc cała rodzina jest bliska eksmisji. Ruby nie jest w stanie zapłacić za przeszczep nerki swojej córki, a Annie ma dosyć pracy w sklepie i patrzenia, jak jej były mieszka w wielkiej willi z basenem. Ogarnięte marazmem kobiety postanawiają napaść na sklep spożywczy, w którym pracuje Annie. Trzyma się tam dosyć sporo pieniędzy w sejfie, a nieogarnięta obsługa i ochrona nie będzie za bardzo protestowała. Podczas napadu wszystko idzie gładko, ale kierownik rozpoznaje Annie, po czym zaczyna ją szantażować… Do tego okazało się, że sklep był punktem szemranych interesów pewnych gangsterów. Ci odnajdują kobiety i karzą im zwracać wszystkie pieniądze.

Mimo wszystko zawiązuje się bardzo przyjemna współpraca między kobietami a Rio (Manny Montana), wspomnianym wcześniej gangsterem. Pieniądze płynął jak ze strumienia, ale ilość problemów narasta. Mąż Ruby, Stan jest policjantem, który zaczyna węszyć przy sprawie napadów oraz prania pieniędzy. Szybko wychodzą na jaw pewne fakty, ale też napięcie pomiędzy Rio a Beth się zwiększa…

Nie wiem ile razy oglądałam podobny motyw. Kobiety i gangsterka wydaje się wszystkim tak odległa ideologicznie jak góry i morze czy czekolada i chipsy. Nie da się ich logicznie połączyć. Nie da się zrobić o tym nic poważnego, bo zawsze jest to temat do kpin. Ale z wielu historii mafii wynika, że to właśnie kobiety niejednokrotnie trzęsły bardziej portkami, niż nie jeden ojciec chrzestny (na przykład za Escobarem zawsze stały kobiety). Dlatego nie zdzierżę już deprecjonowania roli gangsterek w takich oto produkcjach.

Tutaj jednak ta rola narasta wraz z rozwijaniem się fabuły. Beth staje się mózgiem całej operacji i widać w jej oczach, że co raz bardziej jej się ta rola podoba. Nie męczą jej wyrzuty sumienia, wie, że cel uświęca środki i o rodzinę będzie walczyć do upadłego. Wykorzystuje więc wszystkie znane jej sztuczki by zadowolić siebie, przyjaciółki jak i by Rio nadal jej dawał robotę. Dwa pierwsze sezony to czysta przyjemność – ogląda się je świetnie, bo historia sama z siebie wciąga. Nawet jeśli motyw kobiet-gangusów wydaje Wam się przerobiony, to dawno nikt nie zrobił go dobrze. A tutaj jest on rozwinięty znakomicie.

Zaczyna ich prześladować natarczywy agent FBI, który szuka dowodów by przymknąć Rio.

Zaczyna też znajdować parę haków na dziewczyny. Te w drugim sezonie “Good girls” chcą się już uwolnić od pewnych szemranych zobowiązań, bo sumienie daje im się we znaki, ale sytuacja zaczyna się oczywiście komplikować. Niestety w trzecim gdy przechodzą do pełnej profeski w swojej fuszce, ta wali im się jak domek z kart. Tak samo jak fabuła. Kiedyś uporządkowana i jasna, w trzecim sezonie skomplikowana i zawiła. Twórcy – a przede wszystkim Jenna Bras (znana ze współtworzenia hitu „Gotowe na wszystko”) – próbowali upchnąć w nim zakończenie paru wątków, zmiany zachodzące w postaciach i ich ewentualne upadki w 11 odcinkach, co niestety nużyło. Wszelkie ozdobniki, funtyfikatory były totalnie zbędne, bo wystarczyło zakończyć historie jak pan bóg (lub pan gangster) przykazał. Godnie. A tak pozostawiono sobie furteczkę do sezonu czwartego.

Uwielbiam z “Good girls” parę rzeczy: to jak bardzo denerwowała mnie postać Annie na początku. Dziewczyna z widocznym ADHD dorasta na naszych oczach, stając się w wieku pod 30 lat – kobietą. Bierze się w garść i robi wszystko by stać się kimś, kim zawsze chciała być, walczyć ze swoimi wszystkimi słabościami. Mae Wittman jest świetna w tej roli, jednak to Christina Hendricken jako Beth na ekranie wymiata. Zima, oschła, opanowana. Przypomina mi bardzo Bree Van De Kamp z pierwszych sezonów, która mimo wielu perturbacji potrafiła zachować kamienną twarz.

Bardzo mi się podoba skala żartu w scenariuszu, która została ustawiona gdzieś tam w połowie. Śmiejemy się, ale tylko wtedy gdy jest na to klimat. Dużo balansuje się sarkazmem i ironią, przez co widać, że twórcy chcieli stworzyć inteligenty żart dla inteligentnych ludzi, a nie pożywkę dla tłumów. Ciągle jest utrzymywane dosyć duże napięcie, które gdzieś tam w trzecim sezonie słabnie, przez to, że wszyscy zaczynają się czuć z nim dobrze. Po prostu nie boją się już gróźb śmiertelnych. Ale ilość razy gdy tracą pieniądze, zdobywają pieniądze i znowu je tracą jest zdecydowanie za duża.

Gdyby nie ten trzeci sezon to pewnie dałabym bardzo zasłużoną ósemeczkę “Good girls” i czekałabym z zaciśniętymi piąstkami na sezon czwarty.

A tak wcale nie interesuje mnie czy w końcu Beth zabije tego gangusa czy nie, bo zostałam tak zakręcona, że bardziej się nie da. Można powiedzieć, że wykorzystano już wszystkie możliwe wersje tej historii, które mogłyby się potoczyć źle, więc teraz czekamy tylko na tą „lepszą” cześć. Zbagatelizowałam trochę ten serial na początku, nie spodziewałam się, że urośnie do jakiejś wyższej rangi. Ale stał się przełomowy, bo w końcu nie ukazywał „kobiet-gangsterów” jako kogoś totalnie ułomnego. A to ważne, przy nawet takiej, późnej emancypacji.

Ocena: obejrzyjcie sobie!

Źródło zdjęć: filmweb.pl