felieton,  serial

[I TAK PO PROSTU] zniszczono “Seks w wielkim mieście”

Znacie tę przypowieść, która mówi, że odgrzany w mikrofalówce schabowy, to nie ten sam schabowy, który jest świeży? A że wyjęte z szafy ubrania, z poprzedniego dziesięciolecia nie pachną nigdy tak samo? Nostalgiczny trend u serialowych i filmowych twórców jest w rozkwicie. Najpierw „Plotkara”, dziś „Seks w wielkim mieście”. Więc gdy ogłoszono, że wracamy do świata Carrie Bradshaw w mini serialu, wszyscy pisali – „Nie mogę się doczekać!!!”. Ale chyba nikt się nie spodziewał, że będzie aż tak źle. W tym tekście nie patrzę na słowa, nie zważam na spoilery i nie żal mi Carrie czy twórców ani jedną komórką mojego ciała.

172 minuty horroru.

Dokładnie tyle trwają dwa pierwsze odcinki „I tak po prostu”. Dzieją się 10 lat po ostatnim filmie „Seks w wielkim mieście”, który, przyznajmy sobie szczerze, był najgorszym z całej trójcy. Spotykamy trzy, można by powiedzieć, nasze ulubione bohaterki. W swoich rolach wracają Sarah Jessica Parker, Kristin Davis i Cynthia Nixon, siedząc w restauracji przy przyjacielskim brunchu. W pierwszych dziesięciu minutach twórcy próbują wyjaśnić nieobecności Samanthy (Kim Catrall). Aktorka finalnie odmówiła wzięcia udziału w projekcie. Krążą plotki, że nie do końca lubi się z Sarah Jessica po tylu latach spędzonych na planie. Okazuje się, że Samantha wyjechała nagle do Londynu, po tym jak obraziła się na Carrie. Zniknęła, nie odbiera telefonów, nie odpowiada na wiadomości. I jest to po prostu ot tak, przemycone. Wrzucone pomiędzy rozmowy o prezerwatywach, w trakcie pięknego, słonecznego dnia. Ale to co widzę pięknie i wyraźnie, to okropnie sztywne i napompowane policzki Davis. Ona nie umie ruszać w tych scenach twarzą. Czy wróciła dopiero co z botoksu? Najwyraźniej.

Lecimy dalej. Piękne kreacje, słodko pierdzące ulice Nowego Jorku, rzeczywistość jak z cukierni. Carrie nagrywa teraz podcasty, z nieidentyfikującym się z żadną płcią prowadzącym Che. Rozmawiają o świetnych rzeczach, aż mi uszy zwiędły. I takie są właśnie wszystkie dialogi w tych dwóch odcinkach – większości nie rozumiem, są o niczym albo zdania są tak skonstruowane, że wydaje Ci się, że jesteś idiotką. Natomiast Miranda idzie na studia, na których udowadnia sobie, że jest na nie za stara. Nie zachowuje się jak Miranda, którą znamy. Jest przestraszona, zawstydzona, za dużo mówi, jest nieznośna i jej po prostu nie lubię. A kiedyś bardziej identyfikowałam się z nią (i chciałam nią być) niż z którakolwiek inną bohaterką. Charlotte oczywiście ma zawód „matka”. Lily została obiecującą i spełniającą wszystkie wymagania matki nastolatką, gra na pianinie jak sam Chopin, natomiast Rose – nie jest podobna do niej w żadnym calu. Czy nadal uważamy, że zmuszanie dzieci do ubierania czegokolwiek jest fajne i warte pokazywania? Nawet jeśli to zaprojektował Oskar de lat Renta? Mamy 2021 rok, halo!

A mężowie?

Big, Pan na emeryturze, słucha winyli i uważa, że każda z płyt jest najlepsza, Steve – niedosłyszy, a Harry jest tak samo słodki, jak poprzednio. Do tego mamy naszą ulubioną parę gejów, którzy nadal są ze sobą i świetnie się kłócą, będąc całkiem znośnym drugim planem. Nie oceniam tego co mówią, bo tak jak wspomniałam – nie ma to żadnego znaczenia. Wychodzi oczywiście na to, że wszystko – oprócz obecności Samanthy – pozostało praktycznie bez zmian. Jedynie świat ruszył do przodu o ponad 10 lat. Czuję, że nie przystosowano tej rzeczywistości do 2021 roku, pokazując stałość, a nie ewolucje. Mimo, że gdy historia zakończyła się, pozostawialiśmy dziewczyny w całkiem dobrej formie, tak teraz mam wrażenie, że zamiast pokazać je jak Panie po 50, to pokazano je jak Panie po 70. Brakowało tylko wózków inwalidzkich, Florydy i maszynek do wydawania leków. I gdyby nie to, że są pięknie ubrane, dokładnie tak jak w poprzednich produkcjach, to pewnie pomyślałabym, że to geriatryczny serial.

seks w wielkim mieście

A jak to na emeryturę przystało, ktoś musi umrzeć. Nie mam pojęcia dlaczego, ale konwencja wymaga, że skoro się starzejemy, to wszyscy chcą nas przyzwyczaić do tego, ze nawet najlepsze historie, kończą się… śmiercią. Więc po wszystkich tych odcinkach, w których Big zostawia Carrie, wraca do Carrie, ucieka sprzed ołtarza, wraca i tak dalej, w końcu umiera. I tak, to nie jest rzecz, której się spodziewałam. Przyjęłabym to pewnie normalnie, bo śmierć w serialach mnie totalnie nie dziwi, ale zrobiono to tak dramatycznie, że w swoim 20 letnim życiu filmowym nie widziałam gorszej sceny. Po krótce: Big jedzie na rowerze z morderczą trenerką. Carrie wychodzi na recital Lily. Big schodzi z roweru, zaczepia łokciem o baterie prysznicową, łapie się za serce i upada. Ma zawał, to jest jasne. Oczywiście przez całą scenę, która trwa z 8 minut, gdzie Big jedzie na tym rowerze, Carrie ogląda recital, budowane jest mordercze napięcie. Carrie wraca do domu. Widzi Biga leżącego pod prysznicem. Ma otwarte oczy, mruga do niej, po czym osuwa się na podłogę. Ewidentnie żyje. Co robicie?! Rzucacie się mu w ramiona? Tak, Carrie go zaczyna przytulać, a kamera leci na jej buty Manolo Blahnika (tak, te) pozostawione pod wodą. Ona płacze, ekran ciemnieje, odcinek się kończy. A ja zaczynam krzyczeć na bogu ducha winny telewizor, i zastanawiam się do kogo mam napisać by zdjęli ten serial z anteny. Ups, to HBO Go, nie antena.

Nawet teraz, już mając te słowa na papierze, ciężko wzdycham.

Puls mi przyśpiesza i jedyne co mam na końcu języka nie jest w żaden sposób kulturalne. Zastanawiam się co sprawiło, że Micheal Patrick King wpadł na taki pomysł, by pozbawić Carrie jedynej rzeczy, która jej się w tym serialu udała. By pozbawić nas szczęśliwego zakończenia, które dostała w końcu ta bohaterka. Tylko na to czekałyśmy, na tym się wzorowałyśmy, tego chciałyśmy, nie tylko dla niej, ale też dla siebie. Tak po prostu.

seks w wielkim mieście

Więc też tak po prostu Micheal Patrick King wyrzucił do śmietnika naszą ulubiona bajkę z lat 90. Bajkę dla dorosłych. Na początku zdecydował się produkować to bez Samanthy, co wszyscy wiemy, że jest bez sensu. To jej postać była idealną przeciw wagą dla zbyt słodkich koleżanek, bo to ona sprowadzała je na Ziemie za każdym razem, gdy odpływały. Teraz wylądowały w dalekich obłokach. A później, pozbawił Carrie naszego ulubionego happy endu, pokazując, że nawet jeśli w końcu książę na białym koniu wyjdzie za nas, to koniec końców i tak umrze na zawał pod prysznicem. Dzięki Micheal. Zasługujesz na kopa w dupę, na najbardziej oddalony księżyc, bo zniszczyłeś „Seks w wielkim mieście” na dobre.

Ocena: Włączyłeś? Wyłącz. Nie włączyłeś? Nie próbuj.