felieton,  film,  oldskul

[OLDSKUL] Dlaczego nie lubię Gwiezdnych Wojen?

Broniłam się całymi latami! Gdy ktoś mi opowiadał o co chodzi, wyłączałam się, siejąc swoja propagandę anty-Gwiezdne Wojny. Nie mogłam znieść tej historii, przez to, że wydawała mi się bardzo skomplikowana, przerysowana, zbyt nabita w butelkę i udająca statek, niż wszystkie inne. Stwierdziłam, że czas to zmienić. Nie mogę mówić, że znam się na filmach, jak nie potrafię obejrzeć jednej z najpopularniejszych sag w historii, bo „tak”. Bo, właśnie, co?

W skrócie

„Gwiezdne Wojny” nie zostały stworzone na bazie żadnego komiksu. W 1973 George Lucas – ówczesny reżyser hitu „Amerykańskie graffiti” wymyślił sobie pewną fabułę. Dosyć zawiłą i skomplikowaną, dlatego trudno mu było sprzedać ten pomysł jakiejkolwiek wytwórni. Latały wszędzie statki, był tam jakiś Jedi, no i wszystko działo się w kosmosie. Nikt w niego nie wierzył, bo przecież lata 70 to była era naturalizmu. Próbowano uzyskać jak najlepszy efekt, a robienie science-fiction na ówczesnych możliwościach technicznych, było jak chodzenie po lesie bez mapy, w nocy. Ale Lucas się uparł, a Century Fox w końcu zgodziło. Film nie miał zawrotnego budżetu, a Fox dał też Lucasowi prawo do dystrybucji gadżetów związanych z filmem. Oczywiście, nikt nie zakładał że to będzie jakikolwiek światowy hit. Nikt.

Scenariusz powstawał w istnych bólach. Według bardzo mądrej strony histmag, Lucas miał wiele pomysłów, które piętrzyły się w jego umyśle niczym atomowe bomby i wybuchały co czas jakiś. Tworzyło się z tego jakieś mydło i powidło, które ktoś nazwał „Przygodami Starkillera”. Albo chciał zrobić z Lei bezbronną księżniczkę. Na szczęście, George poszedł o rozum do głowy i po paru miesiącach prac, słuchania rad znajomych, wytwórni, stworzył finalny scenariusz.

Skombinowanie całej ekipy, która odegra swoje role też nie było łatwe. George i Harrison Ford nie przepadali za sobą po ostatnim nakręconym wspólnie filmie, ale to Ford – i Lucas to wiedział – był idealnym Hanem Solo. Zadziorny, niebiańsko przystojny, z tą aurą „niegrzecznego chłopca” stolarz. W końcu także przyszli inni: Mark Hamill, Carrie Fisher i jedyny sławny Alex Guiness. Wytwórnia natomiast chciała poobsadzać w tych rolach bardziej znanych aktorów, by w przypadku gdyby cały zamysł okazał się niewypałem, to oni ściągnęli do kin tłumy. Lucas się znowu uparł i przystał na swoim.

“Gwiezdne wojny” pochłonęły 10 milionów dolarów… Wydaje Wam się to mało? Na tamte czasy to były niekiedy budżety średnio rozwiniętych państw! I w wielu przypadkach kręcenie tego filmu było totalną katastrofą. Producenci średnio wiedzieli co robią, jak w ogóle pokazać statek, który pędzi wśród asteroid, jak sterować robotem, jak… no właśnie, jak? Na planie średnio kto wiedział co się dzieje. Fox mało co nie anulował prac nad „tym naukowym filmem” jak go nazywano. Wszyscy byli przekonani, że poniesie on sromotną klęskę. Wszyscy.

A sukces, który film osiągnął przerósł wszystkich. „Nowa nadzieja” okazała się przełomowa dla całej amerykańskie kinematografii. Otrzymano 6 Oskarów, w tym 10 nominacji. Za muzykę, kostiumy, dźwięk, montaż i ups.. efekty specjalne. Globy, Bafty, Saturny, Satelity. Lucas i jego ekipa zgarnęła w 1978 roku chyba wszystkie możliwe nagrody. Największym hitem okazała się muzyka – przewrotna, kosmiczna, do zapamiętania. Nawet nie oglądając „Gwiezdnych wojen” mogłam w każdej chwili, w nocy o północy zanucić jej fragment. Fani na całym świecie oszaleli na punkcie też fabuły. Do dzisiaj wyprzedają się figurki, kubki, koszulki, przebrania. Saga stała się kultowa! A ja nadal nie jestem jej największą fanką.

Zawiłe nazewnictwo, które od razu gubi, więc nic dobrego nie zwiastuje

Na początku nie wiedziałam jak w ogóle mam podejść do oglądania go. Tutaj jakaś część czwarta, ósma, dziewiąta, szósta… tu jakieś „Gwiezdne Wojny: Historie”, tu coś tam. Nie miałam zielonego pojęcia od której części mam zacząć, jeśli w ogóle zacznę. Powiedzieli – od najstarszego. Na samym wstępie, nie zachęca to do przyjrzenia się im bliżej. Mnie zdecydowanie odstraszyło, bo przecież… chce obejrzeć od początku, a nie od jakiejś części czwartej, nie?

Brak jakiegoś tła

Wiem, że w przeciągu ostatnich dekad powstało całe uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, co sprawiło, że George Lucas nie tyle jest milionerem, co legendą. Ale stanęłam na miejscu laika włączając „Nową nadzieję” i nie miałam zielonego pojęcia w jakim świecie się znajduje. Na jakiej jestem planecie, dlaczego oni ze sobą walczą, w ogóle dlaczego ktoś się nazywa Rebeliantami, a ktoś Imperatorem. W ogóle czym jest ten Imperator, a czego księżniczką jest Leia? Na samym początku brakowało mi takiego zarysowania lekkiego tła, które jest mega ważne przy science-fiction. W trakcie trwania sagi, też w sumie nie mamy tego wyjaśnionego. Słyszałam, że dopiero póżniej postanowiono uchylić nam rąbka tajemnicy i wyjawić parę historii „sprzed lat”.

Chwalą nienawiść

Jak to powiedział mistrz Yoda: Strach prowadzi do gniewu, gniew prowadzi do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia, cierpienie prowadzi na Ciemną Stronę Mocy. Bardzo dużo się rozprawia w filmie o złu i nienawiści. Lord Vader jest ucieleśnieniem tego co może zrobić z człowiekiem cierpienie i żal. I przez bardzo dużą ilość czasu ten żal w filmie wygrywa, nie dając czasami pola do popisu dobru. Luke przez większość trylogii nie zachowuje się jak wojownik. Prócz dwóch spektakularnych walk nie ma tak naprawdę za dużo do roboty. Może nie jest pochwałą dla nienawiści, ale na pewno nie chwali dobra i spokoju. Ciągle panuje tam chaos, szerzony jest gniew, cierpienie. Nie daje on za dobrego przykładu.

Relacje potraktowane płytko

Nie wiem do dzisiaj z jakiej racji Han Solo zakochał się w księżniczce Lei. Najpierw powiedział, że go wkurza, potem ją podjudzał i całował na siłę, chociaż ona nie chciała. Romans między nimi został potraktowały najgorzej jak się da i nie było tam nawet jednej sceny, w której skłonna byłam uwierzyć w ich „miłość”. A podobno są jedną z najpiękniejszych par „Gwiezdnych Wojen”. Ja nie czułam między nimi żadnej chemii. Dokładnie tak samo jak relacja Luke’a z Yodą. Te sceny były krótkie, grząskie i dziwne. Ten motyw mistrz-uczeń ucięto do czterech prostych w scen, w których Luke tak naprawdę nie uczył się niczego. Gdzie – nawet przyśpieszone – sceny nauk walk? Podnoszenia przedmiotów? Gdzie scena, w której mu się w końcu udaje?

Nie jestem fanką historii „z kosmosu”

Nigdy nie byłam. Nie lubię jakiś motywów kosmicznych oprócz „Marsjanie atakują” ani zwrotu „Dawno, dawno temu w odległej Galaktyce”. Wiem, że to jest dziwne. O gustach się nie dyskutuje. Nie mam też jakiego elementu się uczepić w tej fabule. Podobała mi się rola Hana Solo, urzekł mnie Mark Hamill, ale nie pociągnęło mnie to aż tak bardzo, że będę brnąć dalej.

Ale! Mistrz „ikon popkultury”

“Gwiezdne wojny” Lucasa doczekały się wielu kontynuacji – ludzie pisali komiksy, książki, opowiadania. Kręcono prequele, sequele, seriale i nie wiadomo jeszcze co. Nie da się ukryć, że z bardzo skomplikowanego “filmu naukowego”, paru napisanych dialogów i przelotnych uniesień, Lucas stworzył ikonę popkultury. Utrzymała się ona do naszych czasów i urosła do takich rozmiarów, że większość mojego pokolenia to gdzieś tam po kątach się z niej śmieje. Bo już stara jest.

Nie będę oczywiście ukrywała, że film sam w sobie nie jest nawet taki zły. W szczególności – jak zwykle – zainteresowały mnie te wszystkie remastery, których dokonano w 1997, 2008 i 2011. To właśnie dzięki nim film da się oglądać. Kadry pokolorowano, dodano parę scen, które wypełniają film, ulepszono kosmos, w CGI zrobiono parę postaci, dodano niektóre dialogi. Ogólnie – wygładzono ten film tak, że bardziej się nie da. Historia jest w stanie wkręcić, jeśli bardziej się w nią zagłębi. Rozumiem już czemu niektórzy szaleją na jej punkcie, ale sama nadal za nią nie przepadam. Wiecie już dlaczego.

Wszystkie części obejrzycie na HBO GO.

Źródło zdjęć: filmweb.pl