film,  oldskul

[OLDSKUL] Frantic na tropie normalności

Pamiętacie może Romana Polańskiego? Na pewno! Ten mały wielki człowiek przyczynił się dla polskiego i zagranicznego kina. Robił filmy przełomowe jak na swoje czasy i kajał się kombinowaniem. Podejmował w swoich dziełach trudne i przerażające tematy, wyrabiając sobie specjalizacje w thrillerach psychologicznych, horrorach i strasznych kryminałach. W jednym ze swoich normalniejszych dzieł „Frantic” łączy w sobie energetyczny thriller oraz ciekawy kryminał.

Kiedy mama powiedziała mi, że „Frantic” to jej ulubiony film, automatycznie powiedziałam jej, że znam i oglądałam!

Ale okazało się, że nie. Film reżyserował Roman Polański, więc domyśliłam się, że mogło mi to umknąć. Nie jestem wielką fanką jego zabaw z moim tętnem, wolę spać spokojnie. Ale stwierdziłam, że sprawdzę! Ciekawy życiorys – jak to nazwali na filmwebie – najpopularniejszego polskiego reżysera na świecie zawsze mnie przerażał. Krąży w okół niego masa plotek, a biografia Romana nie odpowiada na najbardziej interesujące nas pytania. Ale styl zobowiązuje. Polański znany przede wszystkich z kręcenia skomplikowanych thrillerów psychologicznych, horrorów oraz filmów, które od samego początku mrożą krew w żyłach, swojego czasu był oskarżany o okultyzm a nawet czarowanie. Nie żartuje! Po śmierci Sharon Tate mówiono, że tragedie sprowadził na siebie poprzez „Dziecko Rosemary”. Dlatego (i przez jeszcze wiele rzeczy) jego twórczość do normalnych nie należy.

Znalazłam w końcu jego najnormalniejsze dzieło. „Frantic” opowiada o losach kardiologa Richarda Walkera (Harrison Ford), który przyjeżdża do Paryża z żoną. Normalne, kochające się amerykańskie małżeńsko przybywa do hotelu, w którym okazuje się, że mają ze sobą nie swoją walizkę. Próbują szybko (jak na 1988 rok) załatwić tę sprawę z liniami lotniczymi. W tym samym czasie, odświeżają się po długiej podróży i dzwoni tajemniczy telefon, a żona Richarda Sondra, nakłada czerwoną sukienkę i wybiega z pokoju. Po paru chwilach okazuje się, że nie wiadomo gdzie poszła. Pan Doktor próbuje rozwiązać zagadkę zniknięcia żony, ale nikt nie chce mu pomóc – ani policja ani ambasada USA. W końcu napotyka Michelle (Emmanuel Seigner), która okazuje się właścicielką tej walizki. Dziewczyna uzmysławia Richardowi, że jego żona nie zniknęła, tylko została porwana i to przez Statuę Wolności..

Przebiegły thriller ciągle trzyma w napięciu.

Przez pierwsze 30 minut jesteśmy w stanie nastroszyć piórka i wpatrywać się czekająco w ekran. Bohater znajduje się w sytuacji beznadziejnej. Zniknięcie żony wydaje się mężowi bardzo osobliwym, wręcz groteskowym aktem, którego totalnie się nie spodziewał. Wszystko było normalnie, aż w końcu coś… pęka. Jak zwykle u Polańskiego. Odbywamy z Richardem istną logiczną (i czasami nie logiczną) i powolną detektywistyczną podróż po strzępkach informacji, które udaje mu się skądś wyłuskać. Polański uwielbia też motyw wyobcowanego człowieka, w niewłaściwym miejscu. Kardiolog bawiący się w detektywa, szukający żony w obcym kraju i mieście to pełen sprzeczności obraz. Jest on w tej sytuacji lekko nie na miejscu, a jednak udaje mu się mistrzowsko z niej wybrnąć!

Polański wraz z Gerardem Brach świetnie zaplanowali wszystkie elementy w filmie. I dobrali do tego cudowną obsadę. Harrison Ford będący wtedy u szczytu sławy podobno cudem zgodził się zagrać, ale jednak! „Frantic” kręcono na ulicach Paryża, a sceny w klubach Les Bains-Douches oraz Chez Régine na idealnie odtworzonej makiecie! To właśnie tam Richard odbywa piękny taniec z Michelle do jednej z najlepszych ścieżek dźwiękowych wszech czasów – utworu Grace Jones.

Normalnie nienormalny – powiedziałby klasyczny filozof.

Taki jest właśnie „Frantic”. Urzekł mnie prostymi rozwiązaniami kina i nienormalną sytuacją, w której znalazł się główny bohater. Lekko ciepły i lekko przydługi film zasługiwał na parę nagród, których niestety nie dostał, bo nie mroził krwi w żyłach dostatecznie. Na końcu niestety staje się konwencjonalny, bo Polański nie mógł sobie tak po prostu pofolgować z wyobraźnią, musiał trzymać się jakiejś normalności.

„Frantic” nie będzie moim ulubionym filmem, ale zapiszę sobie go w kajeciku jako przykład dobrej reżyserskiej roboty. A na pewno jako jedną z ulubionych ról Harrisona Forda.

Źródło zdjęć: filmawka.pl, pics.filmaffinity.com, programtv.naziemna.info