recenzja,  serial

[OUTER BANKS] Bliżej wakacji w tym roku nie będziemy

Pandemia wywołuje na świecie niezły zamęt. Pewnie pisali już gdzieś o tym, na jakiś wszystkich portalach. Nie dodam więc swojej szczegółowej cegiełki, ale poruszę temat wakacji. Gdzie Wy planowaliście wyjechać na nie w tym roku? Ja chciałam zahaczyć w końcu o Nowy Jork. Przyjrzeć się bliżej miastu, które nigdy nie zasypia. Ale niestety, te plany musiałam przełożyć przynajmniej o rok, tak jak i każde możliwe. Bliżej wakacji znalazłam się dzięki nowej produkcji Netflixa „Outer Banks” kręconej w malowniczej miejscowości przy Oceanie Atlantyckim.

Grupka nastolatków spędza swoje beztroskie dni wolne na pływaniu łódką, pomaganiu kosić trawniki i urządzaniu imprez na plaży.

Głównym bohaterem jest John B – odważny 16-latek, który nadal boryka się z zaginięciem ojca sprzed paru miesięcy. Podczas pewnego wypadu łódką, John z grupką przyjaciół odnajdują wrak, na którym znajdują kompas należący do ojca Johna, z tajemniczą wiadomością. Okazuje się, że szukał on zaginionego przed 200 laty wraku statku z Wielkiej Brytanii Royal Merchant, na którym zatonęło 400 milionów dolarów w złocie. Wszyscy szukają tego skarbu od dawna, ale nikt go jeszcze nie znalazł. John stwierdza, że jego ojcu się to udało i dlatego zginął. „Płotki” postanawiają bliżej przyjrzeć się sprawie i ruszyć w poszukiwanie skarbu, ale ktoś im zaczyna przeszkadzać…

I to nie tylko przeszkadzać w szukaniu skarbu, ale także w normalnym funkcjonowaniu. John staje się zbiegiem chyba jakoś z 5 razy w ciągu serialu. Ucieka prawie w każdym odcinku i to przed różnymi osobistościami. Raz przed opieką społeczną, potem ojcem swojej dziewczyny, przed zbirami czy policjantami.. Twórcy generalnie formę pościgu opanowali do perfekcji, tworząc z niego swoisty „core” serialu. Miałam czasami wrażenie, że w odcinku nie chodziło o coś konkretnego, ale właśnie o ten pościg i twist dla utrzymania uwagi widza. Ale jak wszyscy dobrze wiemy, gdy twistów jest za dużo, to uwagę się i tak traci. Tutaj niestety nie było inaczej.

Serial to typowa przygodówka dla młodzieży.

Jest w nim wiele pięknych scen z zachodami słońca, romantycznych momentów, ale także takich które mrożą krew w żyłach. Jest wiele złych postaci, które psują szyki głównym bohaterom. No i oczywiście nikt nikogo tam nie słucha. Mam taką teorie, że w serialach młodzieżowych zawsze bardzo dokładnie podchodzi się do kwestii „nie słuchania”. Dorośli twórcy dbają o to, by żadne z głównych bohaterów nie mogło dojść do słowa przy tłumaczeniach albo rozmowach, by przypadkiem twist nie mógł się zadziać. Moim zdaniem nie jest to dawanie dobrego przykładu. Ale tak się robiło seriale młodzieżowe od zawsze.. Czy ktoś w „Plotkarze” kogokolwiek słuchał? No nie, gdzieś może dopiero na końcu pozwalano dojść do słowa, by wyjaśnić sprawę, ale najpierw brnięto w akcje na całego. Tak samo jest w „Outer Banks”. Większość „plot twistów” jest zbudowane na niedomówieniach, tajemnicach, kłamstwach i tym, że ktoś czegoś nie zdążył wyjaśnić.

Przez większą część serialu bohaterowie szukają skarbu. I to jest zdecydowanie moja ulubiona część, która przepięknie pachnie wakacjami. Pamiętacie jak graliście w podchody na koloniach? Właśnie tak się poczułam. Więc serial będzie gratką dla wszystkich tych, którzy nie zaznają tego uczucia w te wakacje i będą musieli czekać aż kompletnie z niego wyrosną. Lub nie, to się okaże. Potem twórcom zabrakło wątków (albo się one namnożyły niebezpiecznie) i nie wiedzieli na czym mają się konkretnie oprzeć. Padło na – klasycznie – ucieczkę. Więc John musi uciekać, by nie trafić do więzienia. Przy okazji wiele spraw się rozwiązuje, pozostawiając nas z czystym sumieniem, jednak nadal – akcja przyśpiesza niemiłosiernie i trudno się skupić. Scenariusz przestaje być logiczny, a działania bohaterów niekiedy stają się komiczne. Po co kraść wóz policyjny, gdy się przed nim ucieka? Nie wiem.

Pod względem technicznym serial jest bardzo ładnie zrobiony. Wykorzystano cały potencjał związany z wyjątkową lokalizacją, jak i kolorystykę – nadano mu iście wakacyjne kolory, pejzaże. W powietrzu aż czuć było morską bryzę, zapach olejku do opalania, podgrzanego na słońcu piwa i… grillowanej kiełbasy. Ale to tylko moje skojarzenia, Wasze mogą być zupełnie inne. Gra aktorska jest na przyzwoitym poziomie – aktorzy chyba sami gubili się w scenariuszu, dlatego momentami nie mogłam wyczuć, czy na pewno to jest charakter danego bohatera, czy tylko suchy dialog. Mimo młodego wieku widać w nich duży potencjał. Główny bohater grany przez Chase Stokesa pokazał dużą klasę i możliwości. Cały czas był brudny i zapchlony, ale taki urok wakacyjnych amantów. Podobała mi się też jego ekranowa partnerka – Sarah – grana przez Madelyn Cline. Ma duże zadatki na nową Blake Lively!

„Outer Banks” to nasza szansa na to by znaleźć się bliżej wakacji.

Bo bliżej w tym roku na pewno się nie znajdziemy. Pięknie pachnie morskimi falami (jeśli jest taki zapach) i słychać jak latają w okół niej komary. A tak serio to: zbyt wartka akcja rekompensowana jest w pierwszej połowie serialu fajnym wątkiem ze skarbem oraz dobrą grą aktorską. Na resztę nie patrzcie, nie ma to sensu. Serial nie ma raczej szansy na drugą część, ale kto wie, kto wie.

Ocena: warto zobaczyć, poczuć się jak na plaży!

Źródło zdjęć: filmweb.pl