film,  recenzja

[PRIME TIME] Mamałyga po polsku

Polakom nie powodzi się na Netflixie. I raczej przez następne parę miesięcy to się nie zmieni. Większość seriali oraz filmów oryginalnie produkowanych we współpracy z platformą to średnia przyjemność, bo jak często gęsto nasze rodaki myślą, że coś umieją, ale okazuje się, że brakuje im jednak środków. I chociaż w przypadku „Prime Time” nie brakowało środków, to wielu rzeczy tam nie było, byśmy powiedzieli że to całkowicie dobry film.

Problem polskich filmów jest prosty: brak im pieniędzy.

Tak byśmy powiedzieli może z 10 lat temu. Ale nawet z tym brakiem pieniędzy Bareja radził sobie świetnie tworząc filmy, które do dzisiaj są hitami na każde święta, a ja zaśmiewam się na nich do rozpuku. Fakty są takie, że brak nam trochę fachu w rękach i kreatywności. Więc może nie chodzi tutaj o mamonę, a też o dodawanie do produkcji serce i zapału. Bo gdy jednak robi się coś na siłę, to wiadomo, że wychodzi gorzej. A na pewno takie produkcje znacie, z wielu względów jest to np „Listy do M 3” czy (nie wiem dlaczego przyszło mi to do głowy) „Miss Agent 2”. W pierwszych częściach wszystko było dobrze, ale w następnych coś się posypało. Dokładnie tak samo jest w przypadku wielu polskich produkcji – mają potencjał, ale wykonanie nie dostało wystarczającej ilości miłości.

A historia, którą ukazuje „Prime Time” jest bardzo ciekawa i zasługuje na ekranizację jej godną. Do studia telewizyjnego, w pamiętanego Sylwestra 1999/2000 (no bo przecież, miał być koniec świata) wpada chłopak z bronią i chce wejść na wizje (Bartek Bielenia). Zdezorientowana Pani prezenterka (Magdalena Popławska) chce najpierw mu odpuścić i dać mu czas antenowy, ale wydawca się nie zgadza. I tak sobie wszyscy siedzą w tym studiu, czekając aż przyjedzie policja, ojciec chłopaka, a potem Prezes. W końcu wszyscy są gdzieś na imprezach! I gdyby tego było mało to towarzyszy nam Daewoo Matiz oraz cukierki z Solidarności.

Oczywiście by uniknąć wpuszczenia typa na wizję, zostają zaproszeni niezastąpieni policyjni negocjatorzy.

Ci próbują rozmawiać z chłopakiem, dopóki dopóty ten ma na muszce Panią Prezenterkę oraz podrzędnego ochroniarza studia. I tak się właśnie akcja toczy, podczas gdy postacie odbijają miedzy sobą piłeczkę, w nadziei, że któreś z nich w końcu pójdzie na kompromis i odpuści.

Niestety jest to bardzo płaska i jednotorowa fabuła, która nawet nie rozwija za bardzo przedstawionych postaci. Do końca nie dowiadujemy się dlaczego Sebastian przyjechał do telewizji i postanowił napaść studio z loterią i wbić się na chama na wizję. A wydaje się to w filmie jej osią, a nawet nie stało się podporną. A tym uczyniono wszystkie postępki, które wydawcy wykonują by uniknąć tej jednej minuty grozy. Z tego też powodu „Prime Time” ogląda się ciężko bo on wcale nas nie zaciekawia. Jakiś koleś stoi z gnatem i nim macha, Pani jest w srebrnej sukience i się boi, żaden z tego powstał thriller, a jedynie jakiś mamałyga bez smaku. Może nie zmarnowałam półtorej godziny, ale ziewałam z pięć razy zastanawiając się kiedy to się skończy.

I szkoda tej fabuły, bo Popławska i Bielenia to duet bardzo dobry.

Ciągnęli tę maskaradę ile mogli najdłużej dając z siebie więcej niż mieli napisane. I wielkie brawa dla nich, bo bez nich ten film byłby tak samo dobry jak każda inna polska komedia romantyczna. Do przeżycia, ale z ciężkim sercem. Podobało mi się także odwzorowanie końcówki lat 90. To, że znaleźliśmy się w starym studiu TVP, tym obrzydliwym molochu, który gdzieś tam jeszcze stoi. Czy to jak ładnie przebijano tę cudowną fabułą fragmentami wiadomości z tegoż pamiętnego wieczoru. I oczywiście niezastąpiony prezydent Kwaśniewski i jego orędzie zrobiło dodatkowe swoje.

prime time

Można było uronić nostalgiczną łezkę nad czasami, w których jeszcze coś można było – np. wejść do telewizji i wziąć sobie zakładników. I chociaż na początku naczytałam się jak to warto to obejrzeć, tak teraz wiem, że zrobiłam to tylko i wyłącznie dla Bieleni i Popławskiej, bo dla reszty nie warto. Mimo, że widać, że ktoś się postarał, bardziej nad tym wszystkim pochylił i myśląc o szczegółach, zapomniał o sztandarach. Jak to w polskim kinie często bywa.

Ocena: może kiedy indziej

Źródło zdjęć: api.culture.pl