felieton,  serial

[SEX/LIFE] Tylko dla dorosłych

Reklamowany jako lżejsza wersja „365 dni”, więc zajrzałam. Nie spodziewałam się jej dosłownie, ale właśnie taką dostałam. Trend na babskie soft porno trwa w najlepsze, a my sobie siedzimy na kanapie i chrupiemy chipsy, podczas gdy te Panie, w tych serialach gorsze są od tych na Pornhubie. Oczywiście są dobre seriale na rynku, które da się oglądać i robi się to przyjemnie, natomiast nie należy do nich nowy twór Netflixa „Sex /Life”.

Może nie zwróciliście na to uwagi, ale ostatnio na serwisach streamingowych zaroiło się od seriali typu soft porno.

Fabuła jest tam mało istotna, a bardziej są sceny seksu. Im ktoś z twórców odważniejszy, to nawet ukażę się tam nam od czasu do czasu męski penis. Urozmaicono tym kategorie dramatów 16+, gdzie grubo przy ekranie jest napisane: seks, przemoc. Skrótem: tylko dla dorosłych. Nie od dziś wiadomo, że kobiety oglądają pornole rzadko, ale gdy już to robią, to towarzyszy mu jakaś głębsza (lub bardzo nie) fabuła. Budowane jest nawet delikatne napięcie, sztuczna chemia i iluzja. Potrzebujemy jej by zaczęły nam się w brzuchu wywracać wnętrzności. Tak działa po prostu damski mózg. Dlatego popularność tego formatu – bo to raczej nie jest żaden gatunek – sprawiła, że coraz częściej dostajemy zamiast kolejnego przedłużonego rom-comu, lekkie fabularne soft porno. Czasami podane w całkiem przyjemny sposób, a czasami wcale nie.

Billie to młoda matka, żona i psycholożka. Ma idealne życie – piękny, duży dom na przedmieściach Nowego Jorku. Cudowny ogród. Designerskie ubrania. Sama w sobie jest piękna i jeszcze młoda. Ma przystojnego męża, który nigdy by jej nie okłamał ani nie zdradził. Jest po prostu miłym facetem. Ale Billie przypomina sobie o swoim byłym i wszystkich seksualnych ekscesach, które z nim wyczyniała. Po 8 latach, tak o, po prostu zaczyna spisywać swoje wspomnienia. Gdy Cooper (mąż) przypadkiem czyta wypociny żony, zaczyna się pościg za seksualnością i szczęściem, którego Billie się nie spodziewała. I szczerze powiedziawszy, ja też nie.

Myślałam na początku, że “Sex/Life” będzie serialem, w którym zamiast jazgotania, dostanę pełen wachlarz emocji.

Już na początku fabuła wali się, a logika nie istnieje. Billie po 8 latach (!) przypomina sobie o byłym chłopaku i seksie, jaki z nim uprawiała. Co robiła przez ten czas? Czy po prostu podczas hormonalnego upojenia przypomniała sobie jak dostała orgazmu w basenie na 20 piętrze nowojorskiego wieżowca? I nagle, tak po prostu, postanowiła całe swoje życie wywalić do góry nogami?

sex/life

Billie (Sarah Shahi) nie jest postacią wiarygodną, ona jest infantylna. Sama nie wie czego chce, błądząc od jednego przystojniaka do drugiego. I Sarah gra tę postać okropnie na tyle, że nie da się na nią patrzeć. A podczas tych typowo gorących scen, chcesz po prostu się polać lodem by zgasić płomień żenady. Naprawdę! Lepsze sceny seksu widziałam już w „365 dni”, a umówmy się, że Anna Maria Sieklucka to królowa drewnianych scen. Nie wspomnę już o dialogach. Każda rozmowa Billie z mężem, Billie z Bradem czy z koleżanką Sashą to jest jakiś mokry sen jednego ze scenarzystów. Miałam też ciary za każdym razem, gdy mały Hudson mówił do swojej mamy, bo widziałam w jego oczach seryjnego mordercę, maminsynka i dziecko na doczepkę. Mam wrażenie, że sklepano z pięć randomowych komedii romantycznych w całość właśnie z nich tworząc scenariusz „Sex/ Life”. Nie ma znaczenia kim kto jest i jakie ma cechy, czy nawet charakter, ważne by miał… dupę!

Nie jesteśmy w stanie także zakochać się w żadnej z postaci. Ani jej polubić!

Żadnej nie poznajemy, ale wszystkie tyłki i penisy znamy na pamięć już po dwóch odcinkach. Na pewno “Sex/Life” to świetny serial dla osób, które bezmyślnie lubią sobie popatrzeć. Przyznaje, mają na co – bo mimo, że seks w tym serialu jest gorszy niż w najgorszych amatorskich pornolach – to wszyscy aktorzy są bardzo ładni i zadbani. Sześciopak to jest tam w standardzie, a gładka i ponętna pupa w zestawie. Niestety podstawy ich charakterów są mocno wątpliwe, a ich „core” oparł się na cielesnych zaletach. Na przykład: Sasha, najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki jest podobno bardzo mądrą Panią profesor psychologii. Ale gdyby była na prawdę dokształcona w tym zakresie, to nie odpowiadała by swojej przyjaciółce dokładnie tak, jak ona tego chce. Moja przyjaciółka ma w zwyczaju mnie terapeutyzować, a nie przeszła żadnego kursu, tylko terapie. Sasha ma natomiast idealny czarny tyłeczek i ponętne kolorowe kimona. Ot co, wartość!

sex/life

Ogólnie to tę cała historię można by było opowiedzieć w ciągu 40 minut. Opuszczając te wszystkie okropne dialogi, spotkania i sceny seksu, które nie przypominały nawet seksu. Podejrzewam, że twórcy stwierdzili że miałka i typowa historia będzie stanowiła świetne tło dla popularnego ostatnio gatunku soft porno. Ale w tym wszystkim niestety zabrakło, ostatnio bardzo popularnego, ognia. Brakowało dreszczyku emocji, który powinien być budowany. Lekkiej niepewności, tajemniczości i zaskoczenia. Ja nie byłam przy tych scenach, ani żadnych podczas tych 7 godzin, przez ani minutę zaskoczona. Ja dokładnie wiedziałam, co główna bohaterka zrobi. Włącznie z tym, że na samym końcu wpadnie w ramiona swojemu kochankowi.

sex/life

Ale nie myślcie, że nie podobało mi się patrzenie na gołe dupy. Podobało, popatrzeć zawsze można. I tylko tyle, bo seks już lepszy był w „Outlanderze” a już nie wspomnę o serialu „Dziewczyna z doświadczeniem”, który jest chyba najlepszym serialem typu soft porno. Nie martwcie się, nie musicie „Sex/Life” oglądać. Bardzo, bardzo odradzam!

Ocena: n i e

Źródło zdjęć: glamour.com