film,  recenzja

[SHANG-CHI I LEGENDA 10 PIERŚCIENI] jako wolny strzelec

Jeden z pierwszych od dawna filmów genez w MCU, i na pewno pierwszy w tej fazie uniwersum. Tym wracam do Was z pełnego słońca urlopu! Wprowadza do świata postać, kulturowo odpowiednią. Azjaci bardzo dobrze umieją manipulować swoimi legendami i przekuwać je w popkulturowe złoto. Dlatego smoki, magia, kwiaty wiśni, kimona to częste elementy filmów akcji, które zachwycają. Jednak granica pomiędzy filmem a bajką, jest tutaj bardzo cienka. Ale zarabia ogromne pieniądze. Poznajcie historię „Shang-Chi i legendę dziesięciu pierścieni”.

Drugi plan na pierwszym planie

W komiksach Shang-Chi jest raczej postacią bardzo drugoplanową. Odgrywa rolę cienia, przeciska się przez fabułę raczej nie zauważony. Mistrz Fung Fu – bo o nim mowa – to raczej podpórka i pomoc dla bohaterów z pierwszej linii oporu. Dlaczego Marvel postanowił stworzyć film-genezę o tak bardzo nieistotnej postaci z komiksów, jaką jest Shang-Chi? Odpowiedź jest prosta: dla pieniędzy. Wyszło na to, że rynek chiński, na którym mają ponad miliard widzów, jest niedoceniony. Potrzebuje swojego protagonisty. I nie ma co im się dziwić, bo właśnie w Chinach leży duży udział Marvelowskiej ekipy. Czas się po pandemii odbić, i to z przytupem.

schang-chi

Nasz bohater, Shaun, to pracownik hotelu, który wraz z przyjaciółką parkuje bajeranckie samochody. Nikt nie podejrzewa go o to, że ma jakiekolwiek supermoce, ani, że jest nadto zwinny! Gdy atakuje go grupa pyszałków nasłanych przez jego ojca – władcę dziesięciu pierścieni Wenwu – okazuje się, że kung fu płynie, dosłownie, w jego żyłach. Kradną oni mu jego jedyną pozostałość po zmarłej matce – naszyjnik z zielonym oczkiem. Shaun lub Shang-Chi – podejrzewa co się święci, więc jedzie do Makau odszukać swoją młodsza siostrę, by ostrzec ją przed działaniami ojca.

Organizacja „Dziesięciu Pierścieni” funkcjonuje już od czasów Iron Mana i przewijała się fabularnie, ale bardzo delikatnie.

Kto pamięta wielką terrorystyczną akcję z bodajże, części trzeciej, ten wie o czym mówię. Na pierwszy rzut oka, mamy zbudowaną historię przyczynowo-skutkowo, która idealnie szkicuje nam cały zarys postaci, z którym się stykamy. Powiedziałabym, że aż nadto. Destin Daniel Cretton postawił na szczerość i wytyczył sobie ścieżkę, o tyle trudną, co czasochłonną na opowiedzenie nam każdego, małego aspekciku historii dziesięciu pierścieni oraz samego Shanga-Chi. Przez co film jest długi, monotonny, przeciągnięty i nie taki jak klasyczne, pędzące Marvele.


Cytując kolegę ze Spider’s Web:Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” na najbardziej podstawowym poziomie jest klasyczną opowieścią o próbie ucieczki przed przeznaczeniem i synu próbującym uniknąć losu wytyczonego mu przez ojca.

Owszem, jest. Mamy do czynienia z bardzo podstawowym i kliszowym odwzorowanie relacji ojciec-syn – wyparciem. Shang-Chi ani myśli zostać następcą Wenwu ani jego prywatnym, najlepszym zabijaką, więc ucieka. Zostawia po sobie wszystko, włącznie z siostrą i rozpoczyna nowe życie. Nie wie, że ojciec go śledzi na każdym kroku i tylko czeka na odpowiedni moment na reakcje. Ale mamy też inny motyw – żałoby. Wenwu – ten nasz nieśmiertelny przywódca jest pochłonięty bólem w związku z utratą żony. I dlatego za wszelką cenę chce jej przywrócić życie. Stąd bierze się motyw głównego starcia – smok vs Shang-Chi.

Nie da się ukryć, ze Marvel w 4 fazie swojego uniwersum zaczął bardzo eksperymentować z potworami magicznymi i całą magią. Widzimy to w „WandaVision” i będziemy to dalej obserwować na przestrzeni następnych filmów, aż w końcu dojdziemy do kulminacji w przyszłorocznym „Doctor Strange”. Wiem, nie zawsze był to motyw wiarygodny. Marvel często nie radził sobie z wyjaśnieniem pochodzenia danej magii, zostawiając nas na informacyjnym lodzie. W Shang-Chi jest bardzo podobnie. Oprócz odwołania się do chińskich legend, mamy jedną wielką niewiadomą, skąd ta dana magia pochodzi i jakie ma moce. Mimo tak dobrze wyjaśnionej historii, tego mi tutaj zabrakło.

Na filmie bawiłam się natomiast znakomicie.

Wszystkie przytyki moich kolegów o powiązaniach z Dragon Ballem są jak najbardziej trafne – bo tutaj smoki, tam smoki i przepychanki ze smokami. I to dosyć nieudane przepychanki. Jednak Shang-Chi to trochę inne widowisko, które przypomina mi bardziej wesołą bajkę niż pełen zwrotów akcji film akcji. Śmiałam się od czasu do czasu. Do momentu, aż jedno spojrzenie nie trwało 20 sekund, a przerywnik montażowy w postaci widoczku – minuty. Więc pod koniec jesteś zmęczonym widzem, tymi wszystkimi szczególikami i faktycznie możesz chcieć tego Dragon Balla włączyć, bo dostarcza Ci rozrywkę szybką, bez konieczności wychodzenia z domu.

schang-chi

Czy Shang-Ci będzie ważną postacią w MCU? Wątpię. Wszystko sugeruje, że gdzieś tam się jeszcze spotkamy, ale gdzie to będzie – nie wiadomo. Wrócimy na pewno do całej historii tych pierścionków (znowu), zrobimy jakiegoś crossa i wyjdziemy z podniesioną głową. Ot, co.

Ocena: możecie pójść, później

Źródło zdjęć: hdtvpolska.pl